czwartek, 9 czerwca 2016

By poczuć się choć trochę lepiej...

Czuję, że nic i nigdy nie da mi szczęścia

Wiem, że nie powinnam, ale wciąż porównuję się do innych. Patrzę na piękne, szczupłe dziewczyny, na ich cudowne włosy, kobiece kształty, rysy twarzy, makijaż, uśmiech... I zdaję sobie sprawę z tego, że ja nigdy, przenigdy taka nie będę. Czuję się okropnie, niska, brzydka, za chuda i zbyt gruba jednocześnie (czy tak się w ogóle da? Jak widać tak...), z wiecznym smutkiem w oczach, nijakimi włosami, dziecinną twarzą, grubymi udami i brakiem cycków. Tak, to chyba najlepszy opis mnie jaki kiedykolwiek napisałam.
Powiecie mi, że wygląd nie jest przecież najważniejszy. Wiem to, naprawdę. Zdaję sobie sprawę, że moje myślenie bywa bardzo puste, ale nie umiem inaczej. Bo charakter też mam zjebany, niczym się nie interesuję, nie mam żadnego hobby, nie jestem pozytywną ani pełną energii osobą, jestem nieśmiała, nie umiem prawie nikomu zaufać ani zaangażować się głębiej w jakąkolwiek relację, od zawsze byłam sama, nie mam sił na dokonywanie jakichkolwiek zmian, nie umiem podejmować decyzji, nad wszystkim przesadnie się zastanawiam, użalam się nad sobą... Ujmując to wszystko w krótki sposób: nie umiem żyć.

Bywają dni, kiedy wypełnia mnie nadzieja. W tych krótkich momentach wydaje mi się, że kiedyś wszystko się zmieni, ułoży, że spełnię swoje marzenia, odnajdę jakiś cel i sens i chyba w gruncie rzeczy gdzieś podświadomie w to wierzę. Ale póki co to nic nie zmienia.

Chciałabym zniknąć, a najchętniej to cofnąć czas i nigdy nie pojawić się na tym świecie. Nie stwarzać żadnych problemów sobie ani innym. Co tak naprawdę jest gorsze? Być śmiertelnie chorym i pragnąć żyć, czy być zdrowym i pragnąć nie istnieć? Osoby, które nigdy nie doświadczyły tego wewnętrznego bólu życia z pewnością odpowiedzą, że to pierwsze... A wiecie co ja czasami myślę? Że gdybym była ciężko chora to może chociaż chciałabym jak najlepiej wykorzystać te ostatnie chwile, wybudziłabym się z tego letargu, w którym tkwię, zmusiłabym się do działania, bo wiedziałabym, że za niedługo może być już za późno... Ktoś powie, że bredzę i że nie umiem docenić tego co mam. Umiem, wiem też, że jest masa osób, które mają gorzej. Ale tak naprawdę zawsze znajdzie się ktoś, kto ma się gorzej i dla mnie takie porównywanie problemów nie ma większego sensu. Każdy jest sobą i sam radzi sobie ze swoimi emocjami, tylko on wie co tak naprawdę czuje i nikt nie powinien tego oceniać...nie ma prawa tego oceniać. I kiedy słyszę lub widzę słowa "użalasz się nad sobą", "jeśli chcesz coś zrobić to po prostu to zrób", "nie wiesz co mówisz", "pomyśl o tych, którzy mają gorzej", "narzekasz" to czuję się jeszcze bardziej winna. Zupełnie jakbym nie miała prawa być smutna, a jedynym argumentem na to był fakt, że skoro mam się z czego cieszyć, to powinnam to robić... A co jeżeli nie umiem?

Zapomniałam co to radość i jak czerpać ją z życia. Budzę się rano i nie mam pojęcia po co wstaję. Chyba robię to jedynie przez obowiązki, które mam. Codzienność mnie przygniata, a ja nie umiem zrobić żadnego kroku w przód.

Chcę żeby najbliższe dwa tygodnie już minęły...jeszcze jedno zaliczenie i cztery egzaminy... a ja przez większość czasu po prostu nie jestem w stanie się uczyć. A znów postawiłam sobie poprzeczkę najwyżej jak się da, moja ambicja nie pozwala mi inaczej i wiem, że jeżeli coś pójdzie nie tak, to znów będę obwiniać siebie o to, że mogłam lepiej się przygotować. Nie rozumiem siebie. Chyba mam jakąś wewnętrzną potrzebę udowodnienia sobie i innym, że jednak jestem coś warta.

Ciężko jest być w mojej głowie, samej ze wszystkimi myślami, wątpliwościami, niewypowiedzianym bólem... Nie mam komu się wygadać, poradzić. Samotność i brak zrozumienia zabijają mnie od środka, dlatego wypisuję tutaj to wszystko...By poczuć się choć trochę lepiej...

sobota, 28 maja 2016

Przynajmniej siebie nie chcę zawieść...

Muszę być silna.
Ale jeszcze nie dzisiaj...
Od jutra, obiecuję. Wezmę się w garść.

Od prawie miesiąca powtarzam sobie "od jutra", "to już ostatni raz"...a prawie codziennie wychodzi tak samo... Dlatego tym razem wolę to napisać tutaj i może dzięki temu już naprawdę się zmotywuję.

Zmienię się...Dla siebie, bo dla innych nie warto. Jeśli ktoś mnie przez coś nie akceptuje, to jest to jego problem.
Ludzie mnie unieszczęśliwiają. Rodzinie wiecznie coś nie pasuje, chociaż nie mówią tego wprost...ale ja to czuję i widzę, ślepa jeszcze nie jestem. W domu nie narzekam już na nic, bo tutaj i tak nikt mnie nie chce zrozumieć. Niby chcieliby słuchać i rozmawiać, ale wiem że to nie ma najmniejszego sensu. Przez ostatnich kilkanaście lat się do tego przyzwyczajałam.
To naprawdę ciężkie nie mieć wsparcia nawet wśród najbliższych. Albo inaczej: teoretycznie je mieć, ale tylko kiedy robi się coś, co im się podoba. Wtedy wszystko jest w porządku. A gdy tylko chcę podjąć jakąś decyzję, do której mają jakieś zastrzeżenie, nagle pojawia się fałszywość i ukrywanie wszystkich 'ale' pod płaszczykiem sztucznego uśmiechu i żałosnych porad.
Nic mnie już nie obchodzi.
Nie warto się nikomu podporządkowywać, bo jest to pogoń za nieosiągalnym. Zawsze coś komuś będzie nie pasować, zawsze coś będzie 'nie tak'.
Koniec z tym.

Chcę spróbować żyć. Chcę się uwolnić.
Chyba jeszcze mnie na to stać...

czwartek, 19 maja 2016

Marności

Tak wiele marzeń przelewa się przez moją głowę...
A ja zamykam sobie drogę do ich realizacji, bo po prostu się boję...mam zbyt wiele obaw.
Z jednej strony chciałabym rzucić studia, które chyba mnie nie interesują, z drugiej boję się, że będzie to jedna z najgorszych i najpochopniejszych decyzji w moim życiu. Denerwuje mnie to, że nigdy nie jestem niczego pewna. Zawsze wszystko odwlekam, rozmyślam, rozważam i sama siebie tym wszystkim męczę. Nie umiem postawić wszystkiego na jedną kartę, płynąć pod prąd, dokonywać dramatycznych zmian. A czuję, że właśnie takie są mi teraz potrzebne. Coś musi mnie obudzić i sprawić, żeby mi się chciało...

Budzę się rano, otwieram oczy i moją pierwszą myślą jest ta, że wcale nie chcę wstawać. Nie chcę zaczynać kolejnego dnia, który będzie przeżyty i zmarnowany tak samo jak wszystkie poprzednie... Kiedyś przynajmniej chciało mi się wstać ze względu na śniadanie. Co z tego, że poniekąd pewnie przez zaburzenia odżywiania. Cokolwiek w tym moim dniu miało przynajmniej sens. Cokolwiek sprawiało mi sztuczną, ale mimo wszystko radość...dawało fałszywe, ale mimo wszystko odczuwalne zadowolenie z siebie.
Straciłam wiele, ale chyba przede wszystkim siebie. Rezygnuję z wielu rzeczy, zbyt często mówię "po co?", "przecież mi to niepotrzebne".

Zbyt wiele problemów się na siebie nakłada. Już sama nie jestem w stanie sobie ich wszystkich poukładać w głowie. Nie wiem które wynikają z czego, z którymi byłabym sobie w stanie poradzić sama, a które z nich rozrosły się do niebezpiecznych rozmiarów, którym nie stawię sama czoła.
Nie umiem już żyć, nie wiem czego chcę. Kurwa, nigdy nie wiedziałam tak naprawdę. Nie wiem co ze mną nie tak. Ludzie mają pasje, cele, mniejsze i większe plany, robią rzeczy, w których widzą sens. A ja nie mam pojęcia do czego dążę, czyje plany realizuję...na pewno nie swoje. A może jednak moje? W końcu nikt nie podejmował żadnych decyzji za mnie...teoretycznie. Już nie wiem czy sama wpakowałam się w ten stan, w którym teraz jestem, czy jednak nie powinnam o to obwiniać siebie.

Mam ochotę zapomnieć o upływającym czasie, o przyszłości, która mnie czeka, o wszystkim co mnie dręczy, o tym, że niektórzy tak po prostu ze mnie zrezygnowali(chociaż...czy przypadkiem nie zrobiłam tego samego?), o błędach, które popełniłam i z pewnością jeszcze popełnię.

Podobno dostajemy to samo, czym się dzielimy...wraca do nas to, co dajemy.
Hmm, to by się rzeczywiście zgadzało, bo smutna prawda jest taka, że ja nie daję z siebie nic. Jak w takim razie mogę czegokolwiek oczekiwać?
Głupia i naiwna ja.

sobota, 7 maja 2016

Gdzieś uciekł mi sens...a ja nie zdołałam go dogonić

Jestem tak bardzo nikim, że aż trudno mi to wyrazić. W sumie ostatnio chyba cokolwiek trudno mi wyrazić... Każdego dnia chciałabym coś napisać. Do głowy przychodzą mi nawet zdania, które zdają się brzmieć całkiem sensownie...ale gdy zaczynam myśleć nad tym dłużej albo już zabieram się do pisania nagle wszystko znika. Czuję jednocześnie pustkę i chaos. Samotność mnie niszczy, przesiąknęłam nią za bardzo. Jedyne osoby, którym prawdopodobnie szczerze na mnie zależy(czytaj:rodzina) powodują u mnie wzrost ciśnienia na sam ich widok. Naprawdę, czuję jak robi mi się gorąco ze zdenerwowania prawie zawsze, kiedy tylko muszę z nimi rozmawiać. Nie potrafię. Oddałabym wiele za normalne życie. Ale...chwila, chwila...ja przecież mam najnormalniejsze, najzwyklejsze życie. Przecież jedyny problem w tym, że go nienawidzę.
W głowie mam chaos, który znam tylko ja. Tak bardzo chciałabym spotkać kogoś, komu chciałoby się o mnie walczyć, kto umiałby pokazać, że coś dla niego znaczę... Z drugiej strony wolałabym nie narażać nikogo na jakiś bliższy kontakt ze mną. Lepiej, żeby ludzie mnie nie znali...

Wiem, poczucie własnej wartości powinno być zakorzenione we wnętrzu każdego z nas. Nie powinno zależeć od niczego i nikogo innego. Pomimo tego, zjawisko poszukiwania gdzieś na zewnątrz potwierdzenia, że jesteśmy cokolwiek warci jest chyba bardzo powszechne.
Mam wrażenie, że każde kolejne zdanie, które piszę jest mniej zrozumiałe od poprzedniego. Chciałabym umieć pięknie pisać...albo mieć jakikolwiek inny talent lub być w czymś dobra.

Chciałabym jednocześnie wszystkiego i niczego. Dosłownie...W jednej chwili pojawiają się marzenia, plany na przyszłość, nadzieja, że coś się zmieni, a po sekundzie nie ma po nich śladu. Wszystko traci znaczenie i staje się obojętne.
Nie umiem już żyć.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Bo przecież czasami bywa żałośnie...

Uleciały ze mnie wszystkie słowa, które miały kiedyś znaczenie. Mój świat otępiał i nie potrafię się w nim odnaleźć. Wszystko co mnie otaczało zmieniło swoją definicję. Już teraz nie wiem co to znaczy życie, kim są przyjaciele, czym jest szczęście lub nadzieja na lepsze jutro. Wszystko powoli znikało, a ja chyba nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nie wiem czy ten proces jest odwracalny...Pewnie tak. Zawsze coś da się zmienić, pytanie tylko czy mam na to siłę? Bo motywacji nie mam z pewnością. Zmuszam się do wykonywania obowiązków. Używam resztek racjonalnego myślenia, żeby uświadamiać sobie, że przecież nie mogę zawalić studiów. Nie mogę legnąć w gruzach, bo stracę wtedy jakiekolwiek punkty zaczepienia, które jeszcze mam.
Nie wiem czyją drogą kroczę, ale raczej ta nie była przygotowana dla mnie...Cóż, właśnie tak toczy się życie kogoś, kto nie ma pojęcia czego chce, kim jest, nie ma planów ani własnego zdania, ulega prawie wszystkiemu i płynie z prądem byle tylko nie musieć ponosić odpowiedzialności za swoje złe decyzje i porażki. Nie wiem co mną kieruje...dlaczego nie potrafię wybierać tego co dałoby mi radość. Chyba wypaliła się we mnie część mózgu odpowiedzialna za odczuwanie szczęścia. Jakoś tak zniknęła energia z moich oczu. Patrzę w lustro i nie widzę w nim nikogo. Chyba zaczynam być przezroczysta dla otaczającego mnie świata i dla samej siebie. Za chwilę przestanę być zauważana przez kogokolwiek, a nie chcę krzyczeć by desperacko zwracać na siebie uwagę. Nie potrzebuję tego...Jedyne czego chcę to zasnąć i żyć w swoim śnie. Tam nawet koszmary są piękniejsze i prostsze niż życie w rzeczywistości. Nie mam nic wartościowego. Dlaczego zawsze i wszędzie szuka się osób pozytywnych, pełnych energii, kreatywnych, wiecznie uśmiechniętych, posiadających pasję? Czy pesymiści i ludzie znudzeni życiem naprawdę nie są nic warci? W dzisiejszym świecie chyba tak...dlatego dla prawdziwej mnie nie ma już tutaj miejsca. Owszem, dla mojej udawanej wersji gdzieś tam się ono znajdzie...na studiach, w pracy, wśród znajomych. W tej przybranej masce wciąż jako tako egzystuję, chociaż wiem, że nie ma to najmniejszego sensu. Pustka i bezsens to jedyni towarzysze, na których zawsze mogę liczyć. Oni nie opuszczają tak jak reszta...nie zawodzą.
A przecież mogliby prawda?

wtorek, 5 kwietnia 2016

Minuty przeciekające przez palce. Czas tracony bezpowrotnie.

Chcę napisać swoje życie od nowa. Lecz tego co było nie da się po prostu wymazać ani zapomnieć. Wszystko co się zdarzyło pozostanie już na zawsze, wspomnienia ukryte w głębszych lub płytszych zakamarkach serca nie znikną. Ale tak właściwie jakie wspomnienia? Nigdy nie przeżyłam niczego wartego większej uwagi...Kolejne lekcje, które dostawałam od losu doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem teraz... A nie chcę tu wcale być.
Jestem człowiekiem, który nie ma o czym opowiadać. Trochę w moim marnym życiu udało mi się doświadczyć, ale nie jest to nic czym mogłabym się dzielić w taki sposób, żeby z każdym usłyszanym słowem ludzie chcieli poznawać mnie coraz lepiej i lepiej.
A właśnie taką opowieścią chciałabym być...By za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat mieć świadomość, że nie przewegetowałam swojego życia, ale przynajmniej jakąś jego część przeżyłam w pełni.

Wypełnia mnie tęsknota za czymś prawdziwym. Bo teraz każda chwila przesiąka kłamstwem, jakąś niewysłowioną ułudą, udawaniem lub wmawianiem sobie, że którakolwiek z czynności, które robię ma sens.
Tak naprawdę mam wrażenie jakby nic nie miało większego znaczenia.
Gubię się we własnych odczuciach, nie wiem już co robić. Co zmienić i gdzie iść...gdzie szukać pomocy, o ile w ogóle jej szukać...

Chcę zacząć wszystko z nową kartą. Tak często zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie, gdybym odcięła się od tego co jest teraz. Gdybym wyjechała gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna. Zerwała kontakt z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi...czy byłabym w stanie być wtedy szczęśliwa, czy może ciemność pochłonęłaby mnie jeszcze bardziej?

Jestem jak wyrzutek społeczeństwa odsunięty na margines z własnej woli. Nie umiem z nikim rozmawiać, nikomu zaufać. Na niczym tak prawdziwie mi już nie zależy, nie mam żadnego celu ani planu. Nie znam siebie, nie wiem w czym jestem dobra, co chciałabym robić, czym się zajmować... Jestem bezkształtna.

Kolejne nicnieznaczące minuty mijają bezpowrotnie. Czas płynie zbyt prędko, ale może im szybciej tym lepiej... Niech to wszystko skończy się raz na zawsze lub w jakiś magiczny sposób zmieni... Męczy mnie nawet oddychanie, jakby spoczywał na mnie jakiś fizyczny ciężar, który utrudnia mi nabranie powietrza. Nie tracę nadziei, ale moja wola walki spala się z każdą sekundą. Coś zżera mnie od środka i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Jak długo będę jeszcze w stanie to wytrzymać?

niedziela, 27 marca 2016

Wyobrażone ograniczenia i zatracona droga

Chciałabym znaleźć w końcu miejsce, w którym poczuję się dobrze. Mieć świadomość, że gdzieś przynależę i jestem częścią czegoś dobrego. Poznać ludzi, którzy wypełnią moje życie jakimś światłem albo chociaż jego namiastką.

Gdybym dzisiaj zniknęła nikt zbyt wiele by nie stracił...To smutne, ale tak właściwie nie jestem nikomu do niczego potrzebna. Nie wypełniam niczyjego życia pozytywną energią, nie wnoszę nic swoją marną egzystencją, nie służę radą...
Czuję zwiększający się dystans między mną a ludźmi. Oddalam się coraz bardziej...a może to inni oddalają się ode mnie?

Resztką silnej woli powstrzymuję się przed wpieprzeniem wszystkich słodyczy, które dzisiaj dostałam. Przecież one nie poprawią mi nastroju. To tylko cukier, a nie żadne lekarstwo pomagające odnaleźć sens.

Ograniczam sama siebie. Zewsząd otaczają mnie wyimaginowane mury, urojone przekonania o własnej bezwartościowości i innych rzeczach.
Najlepsze jest to, że zdaję sobie sprawę ze swojego wypaczonego spojrzenia na wiele spraw, lecz nie potrafię tego zmienić. Nie posiadam o sobie dobrego zdania, nie mam z resztą powodów żeby je mieć(albo może mam, tylko nie dopuszczam ich do swojej świadomości...). Może zmieni się to kiedy w końcu przestanę tkwić wciąż w tym samym miejscu... Ale już tak wiele razy obiecywałam sobie, że coś zmienię, spróbuję, zaryzykuję, podejmę jakąś decyzję...a wychodziło jak zwykle. Ostatecznie nic się nie zmieniało. Nie udawało mi się osiągnąć niczego więcej, poza wzrastającym poziomem frustracji.

Nie umiem odnaleźć właściwej drogi. Kiedy już wydaje mi się, że podążam dobrą ścieżką okazuje się, że wcale tak nie jest...że rzeczy które robię i których się podejmuję wcale nie dają mi wewnętrznego szczęścia.

Błądzę...Z dnia na dzień staję się coraz bardziej zagubiona. Tracę mój świat kawałek po kawałku. Kiedy w końcu uda mi się go odbudować? A może musi on runąć doszczętnie, bym dopiero mogła zacząć tworzyć wszystko od początku?
Czas i życie pokażą...

czwartek, 24 marca 2016

W oczach człowieka często można znaleźć rzeczy, których znaleźć wcale by się nie chciało.*

W oczach ludzi widzę niezrozumienie. Rozpoznaję bezradność i bezsilność, swojego rodzaju niepokój kryjący się w głębi ich źrenic. Oczy potrafią powiedzieć wszystko. Są jak zwierciadła duszy...Dlatego niektórych spojrzeń wolałabym uniknąć, bo nie zawsze jestem gotowa ujrzeć w czyichś oczach prawdę o sobie.

W czyichś oczach możemy poznać siebie lepiej niż przeglądając się w lustrze. Lustro odbije nasz obraz i nie zrobi nic więcej. A czyjeś spojrzenie potrafi przeszyć nas na wylot, zranić bardziej niż niejedno wypowiedziane na głos słowo. Pogarda i nienawiść w oczach bolą bardziej niż jakakolwiek obelga.
Ludzie wyzywają się i kłócą często pod wpływem emocji, wykrzykują słowa i wyzwiska trochę nieświadomie. Robią to nie dlatego, że chcą i naprawdę tak uważają. Po prostu targający nimi gniew każe im je wypowiadać i wyrzucać z siebie jednocześnie raniąc innych. Wzrok też jest zależny od emocji, ale w trochę inny sposób niż to co wypowiadamy. Nie mamy nad nim kontroli, dlatego tak bardzo boimy się kłamać patrząc komuś prosto w oczy. Zdajemy sobie sprawę, że on może nas zdradzić. Oczywiście, możemy go odwrócić lub spojrzeć w drugą stronę, lecz nie jesteśmy w stanie ukryć emocji w nim zawartych. On powie wszystko.

_____

Czuję, że nie jestem tam gdzie powinnam być. Wszystkie spotkania i rozmowy mnie dobijają, bo z każdym wypowiadanym słowem coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego jak bardzo nie jestem sobą.
Życie doświadczyło mnie wystarczająco dobrze, żebym potrafiła rozpoznać kiedy ktoś mnie słyszy, lecz nie słucha. 'Słyszeć' i 'słuchać'...tak bardzo podobne słowa, które jednak w rzeczywistości dzieli wielka przepaść.

Można słyszeć, lecz nie słuchać
Można patrzeć, lecz nie widzieć

Szczerze mówiąc nie mam już sił nic mówić wiedząc, że wszystko co powiem będzie puszczone mimo uszu. Nie widzę sensu rozmowy. No kurwa nie widzę, chociaż bardzo bym chciała. Dlatego prawie każdy kontakt z ludźmi mnie męczy, chociaż nie daję tego po sobie poznać.
Dlaczego po spotkaniu z przyjaciółkami czy przyjacielem zamiast cieszyć się, że w końcu udało nam się zobaczyć i pogadać, mam ochotę się rozpłakać? Nie jestem już tą samą osobą co kiedyś. Jestem sztuczna, bo boję się, że prawdziwej mnie nikt by nie zaakceptował. Może jest to nieuzasadniony strach. Nie wiem, ale wolę na razie nie sprawdzać. Chociaż może kiedyś w końcu nie będę w stanie dłużej utrzymywać tego wszystkiego w sobie i moje tamy pękną. Wtedy okaże się kogo stracę na dobre, a kto przy mnie zostanie mimo wszystko...
Boję się cholernie, a ten strach boli. Jednak nie jest to fizyczny, paraliżujący lęk. To raczej wewnętrzna obawa, przez którą nie jestem w stanie zaznać spokoju. Czasami ten strach na chwilę milknie i wydaje mi się, że wszystko jest dobrze, ale potem i tak nadchodzi dzień, w którym on wraca... To takie błędne koło, z którego nie umiem sama wyjść. Nikt jednak nie poda mi ręki i nie pomoże, bo po prostu nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że błądzę.
Nie obciążam nikogo swoimi problemami, bo wiem, że ludzie nie chcą słuchać ani zrozumieć...Wolą nie wiedzieć o cierpieniu, bo wtedy czują się bardziej komfortowo.
Mają swoje życie, więc po co zadręczać ich dodatkowo moim?

Mam swój świat złożony z wielu części. To układanka, którą w całości znam tylko ja, nikt więcej... Inni mają pojęcie co najwyżej o paru jej elementach. Jestem jak puzzle, których nikt nie jest w stanie ułożyć do końca. Mój obraz nigdy nie wyjdzie na światło dzienne, bo z premedytacją ukryłam przed światem parę jego kawałków.
Tak wiele chciałabym zmienić... Nie mam pojęcia jak.


Przynajmniej książki mnie rozumieją i w pewiem sposób wypełniają tę pustkę po ludziach...
Najbardziej lubię chwile kiedy czytam jakiś fragment, który idealnie do mnie pasuje...kiedy czuję, że mogłabym napisać dokładnie to samo, tylko pewnie nie potrafiłabym ująć tego w słowa tak dobrze jak autor. Trochę to zabawne, kiedy ktoś potrafi lepiej wyrazić to co sami czujemy...

*cytat ~Piotr Szymonowicz
____


Hold, hold on, hold on to me, 
cause I'm a little unsteady, a little unsteady.






wtorek, 15 marca 2016

Nikt nie został stworzony po to, żeby być wiecznie samotnym

Od paru dni jest podejrzanie spokojnie. Czuję się zupełnie normalnie, jakby spadł ze mnie jakiś ciężar. Na tafli oceanu moich uczuć i emocji nie pojawiają się żadne większe fale. A zdążyłam się już do nich przyzwyczaić w ostatnich dniach(tygodniach?). Tylko że nic się nie wydarzyło, nie rozwiązały się problemy, nie rozwiały się wątpliwości. W sumie nie zmieniło się nic oprócz mojego samopoczucia właśnie. Wygląda na to, że nie tylko nie rozumiem tego kiedy jestem załamana, dobita i targają mną emocje, ale też tego kiedy jest w miarę spokojnie.
A może po prostu nie jestem w stanie dostrzec co dokładnie powoduje i wpływa na to, że czuję się tak, a nie inaczej?

Tak wiele rzeczy chciałabym ująć w słowa, a nie potrafię. Wydaje mi się jakbym nie miała nic ciekawego do powiedzenia, nic wartego jakiejkolwiek uwagi...a przecież to nieprawda. Nieprawda, w którą niestety wierzę.
Są rzeczy, których nie da się szybko zmienić, do których potrzeba wielkich pokładów cierpliwości i woli walki. Jedną z nich jest zmiana myślenia o samym sobie.

Zastanawiam się w jakim stopniu człowiek jest w stanie poradzić sobie z czymś sam. Czy w ogóle jest możliwa jakaś większa zmiana, jeżeli zachwiane są podstawowe potrzeby.
Moje relcje z rodziną są zbyt płytkie. Jedyną osobą, z którą jestem w stanie zamienić więcej niż kilka zdań jest moja siostra. Zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę praktycznie nie mam z kim pogadać o zwykłej codzienności...o tym co spotkało mnie danego dnia, co miłego mi się przytrafiło lub co mnie zasmuciło. Nie mam już codziennego kontaktu z najbliższymi przyjaciółmi, więc tak naprawdę zostaję ze wszystkim sama. Wszystkie moje myśli są uwięzione w mojej głowie, nie mogę ich wypowiedzieć, jedyne co mogę zrobić to przelać je właśnie tutaj... Pisanie wiele mi daje. Ale to wciąż tylko monolog... Niby mam na co dzień kontakt z wieloma osobami, chociażby ze znajomymi z uczelni, ale mimo to brakuje mi chyba jakiejś głębszej relacji z ludźmi. Mam introwertyczną naturę i świetnie radzę sobie w wypieraniu tej potrzeby na dalszy plan, wmawiam sobie, że mogę być samowystarczalna...ale przecież tak naprawdę każdy kogoś potrzebuje. Pora sobie to w końcu uświadomić i przede wszystkim się z tym pogodzić...A nie wiecznie przekonywać się, że wolę być sama. Owszem, potrzebuję swojej przestrzeni, możliwości odetchnięcia tylko we własnym towarzystwie, ale przecież nie przez cały czas... Bo im dłużej jestem sama ze sobą tym gorzej to na mnie wpływa.

Tortury introwertyków, nawet tych, mających bogate życie wewnętrzne, w kontaktach z innymi. Milczący introwertycy – nie jest tak, żeby chronili swoje skarby przed cudzym spojrzeniem, tylko paraliżuje ich nieśmiałość. Niekiedy sprawiają wrażenie osób aroganckich, ale to złudzenie, pomyłka, oni są nieśmiali. Czego się boją? Nie wiadomo. Jakaś siła nie pozwala im mówić. W pewnym sensie są perfekcjonistami; boją się, że to co wypowiedzą będzie tylko karykaturą ich myśli. Mają tu liczne doświadczenia, ile już razy wstydzili się, że popełnili gafę, że źle się wyrazili, i cierpieli później. Dlatego wolą milczeć. Właściwie z szacunku dla innych, dla osoby, z którą się spotykają. Ale na ogół ta osoba widzi to zupełnie inaczej…~Adam Zagajewski

sobota, 12 marca 2016

Już samą dziwni mnie to jakie głupoty piszę...

Zastanawiam się jak to jest żyć dla kogoś lub czegoś. Budzić się ze świadomością, że wszystko ma sens. Mieć plany i cele na przyszłość, jakąkolwiek wizję tego gdzie i co będę robiła za parę lat, jak będzie wyglądało moje życie...z kim będę je dzielić lub czy może będę samotna...

Szkoda, że nie wyprowadziłam się na studia. Chyba mogę już przyznać, że tego żałuję. Najlepsze jest to, że miałam taką możliwość, jednak ostatecznie się nie zdecydowałam...Może trochę ze strachu? Przez własną wygodę, lenistwo? Brak chęci rzucenia się na głęboką wodę z dala od domu? Nie wiem co dokładnie mną kierowało... Może gdybym podjęła inną decyzję, chciałoby mi się teraz bardziej? Czułabym większą presję i też chęć udowodnienia sobie, że potrafię sobie poradzić. A teraz...nie wiem co robić. Chyba postaram się dobrnąć do końca studiów licencjackich i zrobię magisterkę gdzieś indziej? Ale to są na razie tak bardzo rozmyte i mgliste plany, że sama nie wiem co z tego wyjdzie...A może coś przez te prawie 3 lata jeszcze się zmieni?

Jest dziwnie, pusto. Spotkania z przyjaciółmi i znajomymi przestały mnie cieszyć. Znów udaję. Wszystko mnie męczy... ta świadomość, że powinnam bardziej przyłożyć się do studiów, zwłaszcza że mam na to czas, tylko marnuję go, bo zwyczajnie mi się nie chce...
Są momenty, w których czuję, że dałabym radę być szczęśliwa. Rodzą się w mojej głowie jakieś tam pomysły na znalezienie pracy, poznanie nowych ludzi, ciekawe spędzenie czasu... Jednak mija kilkanaście godzin lub przychodzi kolejny dzień i wszystko się zmienia. Zastanawiam się co u licha sprawiło, że byłam w stanie myśleć przez chwilę tak pozytywnie?

Dlaczego jeżeli na czymś mi zależy, to jedynie w minimalnym stopniu? Muszę przyznać, że tak jest w pewnym sensie łatwiej, ale zarazem o wiele bardziej nijako. 

Przemyślenie z serii drobnych i mało znaczących:
Prawie nigdy nie zamykam drzwi do swojego pokoju. Nie otwieram ich na oścież, zazwyczaj zostawiam je tylko przymknięte. Zawsze tak było. Robię to chyba dlatego, bo nie lubię czuć się jakaś taka odizolowana. Dlaczego więc inni zamykają je za mnie? Tata wchodzi na chwilę do pokoju, zamienia ze mną 2-3 mało znaczące zdania i wychodząc zamyka te drzwi... Może to dziwne, że zwracam uwagę na taki drobiazg, on na pewno się nad tym nie zastanawia, ale dla mnie jest to jak metafora odcięcia mnie od reszty rodziny. Bo czemu on robi coś, czego ja nie robię od 19 lat? Czy przychodząc do mnie nie zauważa, że mimo wszystko mam te drzwi praktycznie zawsze otwarte?

środa, 9 marca 2016

Przeżyć jeden dzień normalnie...To chyba zbyt wielkie marzenie jak na moją osobę.

Ostatnio wszystko jest bardziej. Nie lubię tego stanu, którego nie potrafię wytłumaczyć...
Chyba wszystko co robię, robię tylko po to by zagłuszyć i zająć czymś myśli, ale tak naprawdę to wcale nie działa. Mam wrażenie jakby coś lub ktoś bezpowrotnie zabrał jakąś część mnie...a najgorsze jest to, że nie wiem skąd to uczucie wykiełkowało i dlaczego. Wiem tylko, że z dnia na dzień rośnie coraz bardziej. Powoli ogarnia tę resztę mnie, która została. To przykre, kiedy wręcz godzę się na to, żeby tak właśnie mijało moje życie... To smutne, kiedy dostrzegam, że jest źle, ale nic z tym nie robię.
Chwilami się rozsypuję. Nie mam motywacji, by z tym walczyć, ale mimo że uważam siebie za strasznie słabą, wciąż mam resztki sił, by się podnosić i składać na nowo. Coś nie pozwala mi się poddawać.

Dzisiaj dostałam maila, że nie zostałam zakwalifikowana do drugiego etapu rekrutacji. Nie rozpaczam, może nawet dobrze się stało...Nie jestem pewna czy poradziłabym sobie na takim stanowisku, chociaż gdyby mnie przyjęli, to na pewno dawałabym z siebie 100%, żeby wypaść jak najlepiej. Nie mam zamiaru jednak nad tym rozmyślać. Najważniejsze że spróbowałam i zrobiłam co mogłam. Poszukam czegoś mniej ambitnego może.
Sypiam ostatnio w granicach 4-5 godzin. Zdaję sobie sprawę, że to za mało...muszę mniej czasu marnować przed komputerem, bo to chyba główny powód tego wszystkiego.

niedziela, 6 marca 2016

By było w końcu lepiej...

Chcę utopić się w istnieniu, w szczęściu, zapomnieniu. Poczuć jak dotyka mnie życie. Jak ciągnie mnie za rękę tak szybko, że ledwo nadążam. Chcę biegnąć, być w pędzie, nie mieć nawet chwili na wytchnienie...ani jednej sekundy na myślenie i wątpliwości. Chcę widzieć jak świat wiruje mi przed oczami, jak umyka mi z prędkością, której nie jestem w stanie pojąć. Chcę być gdzieś daleko, ciągle za czymś gonić i do czegoś dążyć, osiągać i nie zatrzymywać się. Robić wszystko na co mam ochotę, bez wyrzutów sumienia. Pozwolić sobie na błędy, zaakceptować strach i słabości. Zapomnieć o przeszłości, oswoić się z życiem w teraźniejszości. Czekam...Lecz chyba przestanę i w końcu sama rzucę się do biegu. Już dosyć wegetowania. Może i wewnętrznie nie mam siły, ale coś we mnie rwie się do życia.
Mam nadzieję i będę ją mieć zawsze, nieważne jak źle będzie... Może to mnie ochroni, może to pozwoli mi żyć. Dam się porwać i najwyżej pożałuję. Nie chcę się bać, chcę zapomnieć... Zacząć od początku. Przeszłości nie da się wymazać? A może by tak spróbować...? Najwyżej się nie uda, a stracić już i tak chyba nic nie mogę.
Nie chcę szukać odpowiedzi, chcę je dostawać. Chcę mieć poczucie, że znam siebie i żyję w swoim ciele. Wiedzieć kim jestem, czego pragnę, co mnie ogranicza, dlaczego jest tak, a nie inaczej...gdzie i kto zawinił. Jak to naprawić? Może pora dać sobie pomóc? Samodzielność jest trudna...czasami zbyt trudna. Chcę żyć, aż do ostatniego oddechu. Nie chcę się poddawać. Gdzieś tam w głębi jestem silna...i wiem, że kiedyś będzie inaczej. Wszystko się zmieni. A może właśnie nic się nie zmieni, tylko ja zmienie swoje podejście?
Nieważne...chcę tylko by było inaczej, wiesz? By było w końcu lepiej...

Mam już dosyć siebie. Co zmienić, by zacząć żyć...?

Cały dzień, aż do chwili obecnej, było w porządku. Czas mijał mi nad wyraz spokojnie, zajęłam się obowiązkami, odpoczywałam i teoretycznie nie miałabym na co narzekać. Przez parę minut podczas słuchania muzyki rozmarzyłam się nawet i uwierzyłam, że kiedyś może będę szczęśliwa. Było to całkiem przyjemne uczucie, których ostatnio prawie w ogóle nie doświadczam... Typowy, przeciętny wolny dzień. Tylko...ileż można przeżyć właśnie takich typowych dni? Ta monotonia mnie męczy. Trochę to dziwne, bo z jednej strony nie lubię zmian, nawet czasami się ich obawiam, szczególnie kiedy nie wiem co przyniosą, ale z drugiej tak bardzo chciałabym coś właśnie zmienić, obrócić do góry nogami. Poczuć w końcu, że żyję.
Zastanawiam się dlatego czy może powinnam znaleźć sobie jakieś nowe zajęcie? Wyjść gdzieś i poznać nowych ludzi? Sam pomysł wydaje się całkiem ok, ale wiem, że gdybym zrobiła te rzeczy, a w moim życiu wciąż nic za bardzo by się nie zmieniło lub, nie daj Boże, byłoby jeszcze gorzej, to chyba załamałabym się jeszcze bardziej...
Czy w takim razie lepiej nie robić nic? To chyba też jest złe wyjście z tej sytuacji...
Znów nic nie wiem i jestem jakaś bezsilna.
Może powinnam po prostu przestać się nad wszystkim zastanawiać i po prostu działać? Już nie mam pojęcia. Wewnętrznie wszystko mnie przerasta...życie, przemyślenia, problemy...zbyt wiele.

Czuję jakby niektórym przestało zależeć na relacji ze mną. A nawet jeśli nie przestało, to zostałam zepchnięta gdzieś na dalszy plan... Może to też po części wina mojej introwertycznej natury i tego, że nie upominam się o swoje. Nie walczę o uwagę i poświęcenie mi chwili czasu. Wychodzę z założenia, że jeżeli komuś zależy to sam też powinien wykazać jakiekolwiek zainteresowanie, a nie dopiero w momencie, kiedy to ja zrobię pierwszy krok...

Jest cholernie nie w porządku.


Czasami po prostu trzeba być odważnym. Trzeba być silnym. Czasami nie można ulegać czarnym myślom. Trzeba pokonać te diabły, które wpychają się do twojej głowy i próbują wzbudzić paniczny strach. Przesz naprzód, krok za krokiem, z nadzieją, że nawet jeśli się cofniesz, to tylko trochę, tak że kiedy znowu ruszysz przed siebie , szybko nadrobisz zaległości. ~John Marsden
Tylko dlaczego ja tak nie potrafię...?

sobota, 5 marca 2016

Mniej emocji, więcej o życiu

Jakoś tak...ostatnio u mnie trochę lepiej. Postanowiłam coś ze sobą zrobić, byłam wczoraj na rozmowie kwalifikacyjnej, pierwszej w swoim życiu. Już sam fakt, że dostałam odpowiedź na swoją aplikację uważam za mały sukces i cieszę się, że w ogóle rozważono moją kandydaturę. Bardzo chciałabym, żeby udało mi się dostać tę pracę, ale szczerze mówiąc trudno mi obiektywnie stwierdzić jak wypadłam (na pewno mogło być lepiej...ale jak na pierwszy raz nie zamierzam oceniać siebie zbyt surowo). W przyszłym tygodniu dowiem się czy zaproszą mnie na drugi etap.
Jeśli się nie uda...trudno, będę roznosić CV po sklepach albo restauracjach. To byłaby zdecydowanie mniej odpowiedzialna i wymagająca praca, ale też dałaby mi mniej doświadczenia, więc coś za coś.
Może gdyby mój czas wolny ograniczył się co najwyżej do jednego dnia w tygodniu miałabym mniej czasu na myślenie...

Czasami pozwalam swoim myślom po prostu płynąć.
Najczęściej po przeczytaniu czegoś. Wtedy nachodzą mnie chyba najciekawsze refleksje.
Tak samo jak lubię czytać jakąś książkę, lubię też ten moment kiedy zamykam jej strony i 'delektuję się' chwilą oraz emocjami, które odwiedzały mnie z każdym kolejnym słowem. Z jednej strony to takie dziwne, trochę magiczne (chociaż może to lekko przesadzone określenie). Ale jednak coś w tym jest...
Niedawno podczas takich właśnie rozmyślań wpadło mi do głowy zdanie:
Jeśli czegoś pragniesz, sam musisz o to zawalczyć.
Niby to takie oczywiste, ale chyba często mamy tendencję do czekania, aż coś samo do nas przyjdzie, bez naszego większego wysilania się. Przynajmniej ja przyznaję się, że tak właśnie mam... Zdaję sobie sprawę z tego, jak zgubne jest to podejście oraz jak wiele czasu i okazji marnuję, bo wolę się poddać i czekać. Już nie wiem czy to przez lenistwo, czy przez sytuację, w której jestem.
Nie o wszystko chce mi się walczyć, ale próbuję to zmieniać. Chyba warto.


To chyba jeden z nielicznych postów, które napisałam nie pod wpływem emocji... Tak zupełnie na spokojnie. Aż trochę to dziwne znając mnie...

niedziela, 28 lutego 2016

Deficyt wszystkiego...

Nie mam dziś sił, dlatego obiecuję sobie, że jutro...jutro już wezmę się w garść, że być może będzie już lepiej i dam radę. Dzisiaj nie potrafię już zmusić się do niczego. A przecież ten semestr miał wyglądać inaczej...miałam być ze wszystkim na bieżąco, bo teraz będzie już tylko ciężej. Brak mi motywacji, ale chcę walczyć, by mieć jakieś szanse na stypendium w przyszłym roku... Nie chcę sobie odpuszczać, chociaż nie wiem na ile pozwoli mi moja psychika. Trudno, będę robić tyle, ile będę w stanie.

Mam ochotę przestać w końcu ukrywać swoje łzy. Iść i schować się w ramionach mamy, jakbym znów miała 5 lat, usłyszeć durne "wszystko będzie dobrze" i chociaż na chwilę w te słowa uwierzyć...
Mam poczucie jakbym straciła prawie wszystko co dla mnie najważniejsze. Wydaje mi się, że kiedyś to odzyskam, mam taką nadzieję...Tylko kiedy? Za rok? Dwa lata? Pięć? A może jeszcze później...?

Próbuję zdobyć się na jakąkolwiek pozytywną myśl.

Nie wiem,gdzie podziała się moja siła,nie pamiętam jak ją straciłam. Myślę,że kawałek po kawałku odłupało ją życie,że się powoli zużyła.  ~Paula Hawkins

piątek, 26 lutego 2016

Zlepek myśli dzisiejszych, które wpadły mi do głowy

Ciężko jest żyć, kiedy tak właściwie nie wiadomo po co...

Zmarnowałam praktycznie cały dzisiejszy dzień. Chyba jedyne co dobrego zrobiłam, to przeczytałam parę artykułów z lutowych "Charakterów". Nie zabrałabym się pewnie nawet za to, gdybym nie zorientowała się, że wyszedł już kolejny numer, a ja ledwo ruszyłam ten... Nie wiem dlaczego nie chce mi się poświęcać czasu nawet na rzeczy, które lubię i mnie interesują.

Chyba cierpię z powodu zbyt dużej ilości wolnego czasu. Sama nie potrafię sobie go zagospodarować, jeżeli nie czuję presji, że koniecznie muszę coś zrobić.
Wystarczy mi poczucie, że mogę odłożyć obowiązki na później i wtedy bez namysłu tak robię, chociaż wiem, że nie powinnam i lepiej byłoby wykonać przynajmniej część z nich wcześniej, żeby później mniej się stresować.
Ale czym się zająć (już pomijając uczelniane i domowe obowiązki), do czego się zmusić, żeby miało to jakiś sens...Najchętniej wyszłabym gdzieś ze znajomymi, ale nie chce mi się nawet proponować spotkania.

Nie mam już pojęcia na co ja czekam. Przydałby się ktoś, kto ogarnąłby moje życie za mnie, byłabym wtedy naprawdę wdzięczna. Szkoda, że tak się nie da... Sami musimy radzić sobie z własnym charakterem, rozeznawać siebie, rozwijać, starać się być lepszą wersją siebie. Nikt inny za nas tego nie zrobi. Co najwyżej może nam pomóc, ale zauważyłam, że w dzisiejszych czasach ciężko o jakąś pomoc... A przynajmniej ciężko o nią dla kogoś tak przeciętnego i teoretycznie niemającego problemów człowieka jak ja.
Jeżeli ktoś nagle zachoruje, ma wypadek, straci jakąś bliską osobę, zwolnią go z pracy lub spotka go jakaś inna ewidentnie przykra sytuacja, wtedy może znajdują się znajomi i rodzina, która wesprze słowem lub po prostu obecnością. Kiedy twoje problemy istnieją głównie w twojej głowie, nie ma co liczyć na jakąś większą pomoc lub wsparcie. Musiałabym chyba wprost i szczerze o wszystkim komuś opowiedzieć i dopiero wtedy sytuacja być może wyglądałaby inaczej. Ale nie mam komu, a dodatkowo chyba mi się nie chce...albo może nie mam siły opowiadać o tym wszystkim co boli i co czuję.

czwartek, 25 lutego 2016

Sił znów ubywa. Gdzie mam iść? Gdzie szukać...?

Nie mam sił by rozmawiać z ludźmi...To takie dziwne uczucie. Strach, że ktoś do mnie napisze albo się odezwie, a ja tego teraz tak bardzo nie chcę... Wolę być sama, co najwyżej w towarzystwie książki i własnego oceanu myśli. Chciałabym mieć pewność, że już dzisiaj wszyscy mnie olali, zapomnieli o mnie choć na chwilę lub najlepiej na zawsze.

Nie lubię kończyć znajomości, nawet jeżeli mnie unieszczęśliwiają. Wolę jak druga strona sobie odpuści albo zerwie kontakt. Wtedy mam mniejsze wyrzuty sumienia...i nie dręczą mnie myśli, że zmarnowałam jakąś szansę, bo wiem że była to czyjaś decyzja, nie moja. Wolę przemęczyć się jakiś czas i udawać, że z mojej strony wszystko w porządku, czekając aż druga osoba podejmie jakieś drastyczniejsze kroki. W ten sposób chronię się przed poczuciem winy, jednocześnie wystawiając się na swego rodzaju wewnętrzny ból...

Jest mi źle, czuję się okropnie...I znowu nie mam komu o tym powiedzieć, dlatego muszę pisać o tym tutaj. To żałosne. Wydaje mi się, jakby moje życie toczyło się gdzieś obok mnie...Mija czas, a ja wegetuję. Nie wiem co to znaczy żyć i co powinnam zmienić, by poczuć się w końcu chociaż odrobinę lepiej.
Nie siedzę wiecznie w domu, a użalanie się nad sobą nie jest jedyną czynnością, którą wykonuję, chociaż chwilami mogłoby się tak wydawać... Zaczęłam chodzić na taniec, postanowiłam poszukać sobie jakiejś pracy, bo w tym semestrze mam wolne piątki, studiuję, chcę zapisać się na wolontariat, ale cały czas czuję jakby to wszystko było za przeproszeniem gówno warte i jakbym tak naprawdę w głębi siebie tego wszystkiego nie chciała robić, a jedynie się do tego zmuszała...Tak właśnie czuję. Jakbym znajdowała się w zupełnie innym miejscu niż powinnam. Że coś na mnie czeka, a ja nie potrafię tego odkryć i wciąż błądzę chodząc gdzieś dookoła. Prawie nic nie sprawia mi radości... Robiąc cokolwiek zastanawiam się po co to robię i czy jest w tym jakikolwiek sens.

Zadaję sobie pytanie kiedy to wszystko minie...kiedy opuszczą mnie wątpliwości, kiedy przestaną dręczyć mnie moje własne emocje, niedokończone sprawy i niedomknięte rozdziały mojego życia?

Wiem, że muszę sobie poradzić. Nie wiem jak. Nie mam sił. Ale nie poddam się.

wtorek, 23 lutego 2016

Było, minęło. Jak wszystko w życiu...

Dzisiaj potwierdziła się moja teoria, że wszystko co dobre kiedyś w końcu mija... Wiedziałam to cały czas, chociaż chwilami o tym zapominałam lub nie chciałam w to wierzyć. Ale gdzieś w głębi wiedziałam, że przed tym się nie ucieknie, nie przed stratą...nie przed końcem.
Bo takie jest życie, daje nam coś dobrego, tylko po to byśmy przez moment byli szczęśliwi, a później nam to odbiera. Normalna kolej rzeczy...
Czy kiedykolwiek coś w moim życiu będzie stałe? Czy poznam kogoś, kto będzie już na zawsze... Może tak. Ale ziarenka niepewności nie pozbędę się nigdy. Bo w życiu niczego i nikogo nie można być pewnym, nawet samego siebie, tym bardziej innych ludzi.
Trzeba żyć po prostu, z dnia na dzień. Wierzyć, lecz nie robić sobie wielkich nadziei, by zbytnio się nie zawieść. Wtedy ból jest mniejszy i łatwiejszy do wytrzymania. Próbować, nie zamykać się na ludzi, dawać część siebie, ale w granicach rozsądku...Wiedzieć kiedy powiedzieć "nie" lub kiedy milczeć.
Nie o wszystkim mówi się na głos, chociaż czasami to ciężkie, bo łatwiej podzielić się z kimkolwiek tym co nas gdzieś tam uwiera. Lecz nie zawsze warto...Czasami lepiej zachować pewne rzeczy dla siebie i przede wszystkim robić wszystko w zgodzie z samym sobą, z własnym sumieniem. Słuchać siebie, swojego wnętrza, zadawać pytania, by lepiej zrozumieć czego tak naprawdę chcemy lub oczekujemy. Bo czasami sami tego nie wiemy. Żyjemy w pośpiechu, chwytamy się tego czy tamtego,  czegoś co na pierwszy rzut oka wydaje się dobre lub ciekawe, lecz na dłuższą metę okazuje się inne niż sobie wyobrażaliśmy. Takich błędów moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy tylko zwolnili czasem obroty...dali sobie chwilę namysłu. Ale nawet jeżeli podejmiemy złą decyzję, jeżeli zawiedziemy się na sobie lub innych, to chyba nie warto tego rozpamiętywać...Każdy popełnia błędy, dzięki nim jesteśmy w pewien sposób silniejsi.

Każdy medal ma dwie strony...dobrą i złą. Są one w każdym wyborze, decyzji, relacji. Pytanie tylko, która z nich dominuje? Którą lepiej znamy?

Niektóre rzeczy nie dadzą mi spokoju...pytania, niedopowiedzenia, pewne niewyjaśnione rzeczy będą się za mną trochę ciągnąć. Muszę sobie w końcu uświadomić, że nie warto wszystkiego w życiu wyjaśniać, niektóre rzeczy i mosty powinniśmy spalić takimi jakimi są i nie oglądać się za siebie...

czwartek, 18 lutego 2016

Dlaczego tak często doceniamy coś dopiero po stracie... Otwieramy oczy, gdy jest źle.

Jestem zagubiona. Gdzieś, lecz nie wiem gdzie. We własnych myślach? Decyzjach? Relacjach? Wątpliwościach?
Powierzchownie wszystko jest w porządku i nagle, kiedy siedzę sama w pokoju, przychodzi znów to uczucie...i muszę się rozpłakać, chociaż nie wiem dokładnie dlaczego. Po prostu muszę, łzy same cisną się do oczu. A przecież nic się nie stało...

Po świecie chodzi tak wielu ludzi, tak wiele dusz, które być może także wciąż czegoś lub kogoś szukają... Dlaczego tak trudno znaleźć osoby podobne do nas samych? Z pewnością jest wiele takich, które chciałyby wysłuchać naszych opowieści, poznać naszą historię, być obecne w naszym życiu, bo po prostu by nas zrozumiały. Lecz nigdy nie będzie nam dane ich poznać... To smutne. Tak wiele straconych możliwości, o których nawet nie będziemy zdawać sobie sprawy.
Może ktoś, kogo dzisiaj minęłam na ulicy mógłby być moją bratnią duszą? Pewnie tak, ale teraz już się tego nie dowiem...

Poznajemy ludzi przypadkowo, w przeróżnych miejscach, sytuacjach. Zaczynamy rozmawiać, nawiązujemy jakąś nić porozumienia, a po jakimś czasie nie wyobrażamy sobie jak wyglądałoby nasze życie i kim bylibyśmy teraz, gdyby nie oni. A wystarczyłoby, żebyśmy w danym momencie w przeszłości podjęli jakąś inną decyzję i być może nigdy byśmy z tymi osobami nie zaczęli rozmawiać...

Brakuje mi ludzi. Przyjaciół...Ale nie w tym sensie, że ich nie mam. Oni są, teoretycznie blisko mnie. Jednak to już nie to samo co kiedyś. Dawniej potrafiliśmy znaleźć dla siebie czas, widywaliśmy się codziennie ze względu na szkołę, a później kiedy drogi nam się trochę rozeszły nadal spotykaliśmy się przynajmniej raz w tygodniu...zazwyczaj w piątki. Taki nasz stały punkt tygodnia. To chyba dawało mi pewne poczucie bezpieczeństwa, z którego zdałam sobie sprawę dopiero teraz, kiedy tamte czasy minęły i poczułam, że coś straciłam...
Pozostała pustka, której nie da się niczym wypełnić. Żadnym zajęciem czy obowiązkami...

Chciałabym napisać jeszcze wiele, pociągnąć ten temat, ale nawet na to nie mam siły. Słowa przychodzą z taką trudnością...Szkoda, że nie wylewają się ze mnie tak samo, jak robią to myśli w mojej głowie.

Jutro pobudka przed 7.00, chyba położę się wcześniej spać, chociaż chciałabym jeszcze trochę poczytać.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Przyszłość zabierająca teraźniejszość...Czy to kiedykolwiek się zmieni?

Chyba już wiem co tak źle na mnie wpływa...a przynajmniej co jest jednym z czynników najbardziej pogarszających moje samopoczucie. Myślenie o przyszłości. To mnie zabija od środka...To sprawia, że wszystko z czego powinnam cieszyć się właśnie teraz, w tym momencie, bo żyję przecież w teraźniejszości, traci na znaczeniu...Wszystkie ważne dla mnie rzeczy i osoby odchodzą na dalszy plan, bo na pierwszy wysuwają się miliony pytań i wątpliwości...O to co będzie kiedyś, jak potoczy się to czy tamto. Nie potrafię skupić się na tym, że teraz wszystko jest w porządku(chociaż chyba nie jest w sumie), bo podświadomie już tylko 'wyczekuję' momentu kiedy to wszystko minie i znów będzie źle. Czekam na chwilę, w której znowu stracę wszystko co daje mi jakąkolwiek radość.
Dlatego wmawiam sobie, że chyba nie warto mieć niczego takiego... Lepiej byłoby nie pozwalać sobie na szczęście, ale czym wtedy byłoby życie? Nie wiem.
Ale wiem, że paradoksalnie im zewnętrznie wszystko coraz lepiej się układa, tym wewnętrznie jest coraz gorzej...Tym bardziej tracę poczucie bezpieczeństwa, czuję się totalnie bezradna, bezsilna i boję się, że coś zaraz pójdzie nie tak. Dlaczego? Przecież to chyba powinno iść w tą samą stronę, w tym samym kierunku, nie przeciwnym...(chociaż kierunek może i jest ten sam, ale zwrot już niekoniecznie. Ah, te fizyczne żarciki).

To chyba w życiu człowieka boli najbardziej: strata. Nie jakaś porażka, błąd, zły wybór, ale właśnie to, kiedy coś na czym nam zależało odchodzi... powoli rozmywa się zostawiając po sobie jedynie wspomnienia. A wspomnienia pozostają wciąż żywe i nawet te radosne potrafią sprawiać ból, bo za nimi właśnie się tęskni. Za chwilami, kiedy można było beztrosko zapomnieć o problemach, o tym wszystkim co trapi i męczy.

Nie umiem już sobie poradzić, nie wiem jak sobie pomóc. Udaję przed wszystkimi, dosłownie przed wszystkimi...rodziną, przyjaciółmi, znajomymi i sobą samą.
Czuję się jakbym była w pułapce. Czasami mam wrażenie, jakbym już znalazła sposób by się z niej wydostać, ale to są tylko chwilowe złudzenia. Potem i tak przychodzą te wszystkie myśli, wracają jak bumerang, od którego już nigdy nie zdołam się chyba uwolnić.

Nie znam siebie.