A ja zamykam sobie drogę do ich realizacji, bo po prostu się boję...mam zbyt wiele obaw.
Z jednej strony chciałabym rzucić studia, które chyba mnie nie interesują, z drugiej boję się, że będzie to jedna z najgorszych i najpochopniejszych decyzji w moim życiu. Denerwuje mnie to, że nigdy nie jestem niczego pewna. Zawsze wszystko odwlekam, rozmyślam, rozważam i sama siebie tym wszystkim męczę. Nie umiem postawić wszystkiego na jedną kartę, płynąć pod prąd, dokonywać dramatycznych zmian. A czuję, że właśnie takie są mi teraz potrzebne. Coś musi mnie obudzić i sprawić, żeby mi się chciało...
Budzę się rano, otwieram oczy i moją pierwszą myślą jest ta, że wcale nie chcę wstawać. Nie chcę zaczynać kolejnego dnia, który będzie przeżyty i zmarnowany tak samo jak wszystkie poprzednie... Kiedyś przynajmniej chciało mi się wstać ze względu na śniadanie.
Straciłam wiele, ale chyba przede wszystkim siebie. Rezygnuję z wielu rzeczy, zbyt często mówię "po co?", "przecież mi to niepotrzebne".
Zbyt wiele problemów się na siebie nakłada. Już sama nie jestem w stanie sobie ich wszystkich poukładać w głowie. Nie wiem które wynikają z czego, z którymi byłabym sobie w stanie poradzić sama, a które z nich rozrosły się do niebezpiecznych rozmiarów, którym nie stawię sama czoła.
Nie umiem już żyć, nie wiem czego chcę.
Mam ochotę zapomnieć o upływającym czasie, o przyszłości, która mnie czeka, o wszystkim co mnie dręczy, o tym, że niektórzy tak po prostu ze mnie zrezygnowali(chociaż...czy przypadkiem nie zrobiłam tego samego?), o błędach, które popełniłam i z pewnością jeszcze popełnię.
Podobno dostajemy to samo, czym się dzielimy...wraca do nas to, co dajemy.
Hmm, to by się rzeczywiście zgadzało, bo smutna prawda jest taka, że ja nie daję z siebie nic. Jak w takim razie mogę czegokolwiek oczekiwać?
Głupia i naiwna ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz