czwartek, 19 maja 2016

Marności

Tak wiele marzeń przelewa się przez moją głowę...
A ja zamykam sobie drogę do ich realizacji, bo po prostu się boję...mam zbyt wiele obaw.
Z jednej strony chciałabym rzucić studia, które chyba mnie nie interesują, z drugiej boję się, że będzie to jedna z najgorszych i najpochopniejszych decyzji w moim życiu. Denerwuje mnie to, że nigdy nie jestem niczego pewna. Zawsze wszystko odwlekam, rozmyślam, rozważam i sama siebie tym wszystkim męczę. Nie umiem postawić wszystkiego na jedną kartę, płynąć pod prąd, dokonywać dramatycznych zmian. A czuję, że właśnie takie są mi teraz potrzebne. Coś musi mnie obudzić i sprawić, żeby mi się chciało...

Budzę się rano, otwieram oczy i moją pierwszą myślą jest ta, że wcale nie chcę wstawać. Nie chcę zaczynać kolejnego dnia, który będzie przeżyty i zmarnowany tak samo jak wszystkie poprzednie... Kiedyś przynajmniej chciało mi się wstać ze względu na śniadanie. Co z tego, że poniekąd pewnie przez zaburzenia odżywiania. Cokolwiek w tym moim dniu miało przynajmniej sens. Cokolwiek sprawiało mi sztuczną, ale mimo wszystko radość...dawało fałszywe, ale mimo wszystko odczuwalne zadowolenie z siebie.
Straciłam wiele, ale chyba przede wszystkim siebie. Rezygnuję z wielu rzeczy, zbyt często mówię "po co?", "przecież mi to niepotrzebne".

Zbyt wiele problemów się na siebie nakłada. Już sama nie jestem w stanie sobie ich wszystkich poukładać w głowie. Nie wiem które wynikają z czego, z którymi byłabym sobie w stanie poradzić sama, a które z nich rozrosły się do niebezpiecznych rozmiarów, którym nie stawię sama czoła.
Nie umiem już żyć, nie wiem czego chcę. Kurwa, nigdy nie wiedziałam tak naprawdę. Nie wiem co ze mną nie tak. Ludzie mają pasje, cele, mniejsze i większe plany, robią rzeczy, w których widzą sens. A ja nie mam pojęcia do czego dążę, czyje plany realizuję...na pewno nie swoje. A może jednak moje? W końcu nikt nie podejmował żadnych decyzji za mnie...teoretycznie. Już nie wiem czy sama wpakowałam się w ten stan, w którym teraz jestem, czy jednak nie powinnam o to obwiniać siebie.

Mam ochotę zapomnieć o upływającym czasie, o przyszłości, która mnie czeka, o wszystkim co mnie dręczy, o tym, że niektórzy tak po prostu ze mnie zrezygnowali(chociaż...czy przypadkiem nie zrobiłam tego samego?), o błędach, które popełniłam i z pewnością jeszcze popełnię.

Podobno dostajemy to samo, czym się dzielimy...wraca do nas to, co dajemy.
Hmm, to by się rzeczywiście zgadzało, bo smutna prawda jest taka, że ja nie daję z siebie nic. Jak w takim razie mogę czegokolwiek oczekiwać?
Głupia i naiwna ja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz