sobota, 12 marca 2016

Już samą dziwni mnie to jakie głupoty piszę...

Zastanawiam się jak to jest żyć dla kogoś lub czegoś. Budzić się ze świadomością, że wszystko ma sens. Mieć plany i cele na przyszłość, jakąkolwiek wizję tego gdzie i co będę robiła za parę lat, jak będzie wyglądało moje życie...z kim będę je dzielić lub czy może będę samotna...

Szkoda, że nie wyprowadziłam się na studia. Chyba mogę już przyznać, że tego żałuję. Najlepsze jest to, że miałam taką możliwość, jednak ostatecznie się nie zdecydowałam...Może trochę ze strachu? Przez własną wygodę, lenistwo? Brak chęci rzucenia się na głęboką wodę z dala od domu? Nie wiem co dokładnie mną kierowało... Może gdybym podjęła inną decyzję, chciałoby mi się teraz bardziej? Czułabym większą presję i też chęć udowodnienia sobie, że potrafię sobie poradzić. A teraz...nie wiem co robić. Chyba postaram się dobrnąć do końca studiów licencjackich i zrobię magisterkę gdzieś indziej? Ale to są na razie tak bardzo rozmyte i mgliste plany, że sama nie wiem co z tego wyjdzie...A może coś przez te prawie 3 lata jeszcze się zmieni?

Jest dziwnie, pusto. Spotkania z przyjaciółmi i znajomymi przestały mnie cieszyć. Znów udaję. Wszystko mnie męczy... ta świadomość, że powinnam bardziej przyłożyć się do studiów, zwłaszcza że mam na to czas, tylko marnuję go, bo zwyczajnie mi się nie chce...
Są momenty, w których czuję, że dałabym radę być szczęśliwa. Rodzą się w mojej głowie jakieś tam pomysły na znalezienie pracy, poznanie nowych ludzi, ciekawe spędzenie czasu... Jednak mija kilkanaście godzin lub przychodzi kolejny dzień i wszystko się zmienia. Zastanawiam się co u licha sprawiło, że byłam w stanie myśleć przez chwilę tak pozytywnie?

Dlaczego jeżeli na czymś mi zależy, to jedynie w minimalnym stopniu? Muszę przyznać, że tak jest w pewnym sensie łatwiej, ale zarazem o wiele bardziej nijako. 

Przemyślenie z serii drobnych i mało znaczących:
Prawie nigdy nie zamykam drzwi do swojego pokoju. Nie otwieram ich na oścież, zazwyczaj zostawiam je tylko przymknięte. Zawsze tak było. Robię to chyba dlatego, bo nie lubię czuć się jakaś taka odizolowana. Dlaczego więc inni zamykają je za mnie? Tata wchodzi na chwilę do pokoju, zamienia ze mną 2-3 mało znaczące zdania i wychodząc zamyka te drzwi... Może to dziwne, że zwracam uwagę na taki drobiazg, on na pewno się nad tym nie zastanawia, ale dla mnie jest to jak metafora odcięcia mnie od reszty rodziny. Bo czemu on robi coś, czego ja nie robię od 19 lat? Czy przychodząc do mnie nie zauważa, że mimo wszystko mam te drzwi praktycznie zawsze otwarte?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz