Uleciały ze mnie wszystkie słowa, które miały kiedyś znaczenie. Mój świat otępiał i nie potrafię się w nim odnaleźć. Wszystko co mnie otaczało zmieniło swoją definicję. Już teraz nie wiem co to znaczy życie, kim są przyjaciele, czym jest szczęście lub nadzieja na lepsze jutro. Wszystko powoli znikało, a ja chyba nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nie wiem czy ten proces jest odwracalny...Pewnie tak. Zawsze coś da się zmienić, pytanie tylko czy mam na to siłę? Bo motywacji nie mam z pewnością. Zmuszam się do wykonywania obowiązków. Używam resztek racjonalnego myślenia, żeby uświadamiać sobie, że przecież nie mogę zawalić studiów. Nie mogę legnąć w gruzach, bo stracę wtedy jakiekolwiek punkty zaczepienia, które jeszcze mam.
Nie wiem czyją drogą kroczę, ale raczej ta nie była przygotowana dla mnie...Cóż, właśnie tak toczy się życie kogoś, kto nie ma pojęcia czego chce, kim jest, nie ma planów ani własnego zdania, ulega prawie wszystkiemu i płynie z prądem byle tylko nie musieć ponosić odpowiedzialności za swoje złe decyzje i porażki. Nie wiem co mną kieruje...dlaczego nie potrafię wybierać tego co dałoby mi radość. Chyba wypaliła się we mnie część mózgu odpowiedzialna za odczuwanie szczęścia. Jakoś tak zniknęła energia z moich oczu. Patrzę w lustro i nie widzę w nim nikogo. Chyba zaczynam być przezroczysta dla otaczającego mnie świata i dla samej siebie. Za chwilę przestanę być zauważana przez kogokolwiek, a nie chcę krzyczeć by desperacko zwracać na siebie uwagę. Nie potrzebuję tego...Jedyne czego chcę to zasnąć i żyć w swoim śnie. Tam nawet koszmary są piękniejsze i prostsze niż życie w rzeczywistości. Nie mam nic wartościowego. Dlaczego zawsze i wszędzie szuka się osób pozytywnych, pełnych energii, kreatywnych, wiecznie uśmiechniętych, posiadających pasję? Czy pesymiści i ludzie znudzeni życiem naprawdę nie są nic warci? W dzisiejszym świecie chyba tak...dlatego dla prawdziwej mnie nie ma już tutaj miejsca. Owszem, dla mojej udawanej wersji gdzieś tam się ono znajdzie...na studiach, w pracy, wśród znajomych. W tej przybranej masce wciąż jako tako egzystuję, chociaż wiem, że nie ma to najmniejszego sensu. Pustka i bezsens to jedyni towarzysze, na których zawsze mogę liczyć. Oni nie opuszczają tak jak reszta...nie zawodzą.
A przecież mogliby prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz