Znów
Znów boli mnie życie, boli mnie dusza
Serce bije jakoś mocniej, jakby bało się, że to ostatnie chwile, kiedy jeszcze może...
Oddech bardziej niespokojny, jakby płuca chciały nasycić się powietrzem, póki jeszcze mogą...
Do oczu cisną się łzy, jakby chciały oczyścić ten ostatni raz...
Chociaż w rzeczywistości nie oczyszczają wcale. Są słabością...są ucieleśnieniem bezsilności. Jestem bezsilna i słaba. Nikt nigdy nie nauczył mnie bycia silną...nikt nie nauczył mnie wiary ani pewności siebie, dlatego taka teraz jestem... Słaba, uległa, oszukująca się
Ufam, choć tego nie chcę...Zależy mi, choć tego nie chcę...Czekam i mam nadzieję, choć tego nie chcę...
Nie umiem rozpoznać już co jest oznaką naiwności, a co wiarą w ludzi. Gdzie jest ta granica...Nie umiem oddzielić tego co dziecinne, od tego co dojrzałe...I to mnie męczy. Strasznie. Bo to nie pozwala mi dorosnąć, choć tak bardzo bym tego chciała. I to nie dla siebie, ale dla innych...By ktoś w końcu potraktował mnie poważnie, bym była dla kogoś ważna...
Lecz teraz jestem zbyt niezdecydowana, nie radzę sobie z emocjami i wiem o tym. Pozwalam innym wchodzić sobie na głowę, wpływać na mnie i na to jak się czuję i co o sobie myślę. Jestem jak plastelina. Ludzie zmieniają mój kształt jednym dotknięciem. Nieważne celowym, czy nie...Ja i tak biorę ich słowa i czyny do serca, chociaż dla nich mogą nie znaczyć prawie nic. Ja je chłonę. Ja rozmyślam. Ja cierpię lub bezpodstawnie wzniecam iskierkę nadziei i radości. Nie chcę być szczęśliwa. Bo jeżeli zaznam tego uczucia, a potem zostanie mi ono odebrane to nie poradzę już sobie... Nie chcę miłości, bo jeżeli jej zaznam, a póżniej ją stracę, to będzie kolejny krok w stronę przepaści. Nie w stronę doświadczeń i nauki na własnych błędach... Te sytuacje niczego mnie nie nauczą, bo popełnię znowu te same błędy. Jedyne co zrobią to zasieją spustoszenie w moich myślach, rozbudzą kolejne huragany emocji, które powoli będą mnie niszczyć, bo nie będę potrafiła nad nimi zapanować.
Jestem słaba...tak cholernie...
Ale jak znaleźć siłę, kiedy nie potrafię odnaleźć jej sama, a nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć i pomóc...? Nie ma wyjścia z tej studni, więc podążam stopniami w dół. Nie widzę jeszcze dna, lecz przeczuwam, że kiedyś do niego dotrę. Może szybciej niż się spodziewam...może później? Może już jutro, a może za 20 lat... Kiedyś tam dotrę, na samo dno. Świat mnie pochłonie bez reszty i nie zostanie po mnie nic. Nie chcę by ktokolwiek wtedy tęsknił...Chcę być zapomniana, bo na to zasługuję.
Nie znaczę już nic. Dla siebie w szczególności. Nie zmienię się nigdy... Zawsze będę dorosłą w ciele i o mentalności dziecka, naiwnej i niewinnej... A inni będą oczekiwać ode mnie poważnych decyzji, właściwych wyborów, dojrzałego zachowania...I ja będę wtedy udawała. Udawała, że taka właśnie jestem...poukładana, ambitna, z planami na życie, z wartościami. Aż pewnego dnia się wypalę. Zostanie ze mnie popiół, który świat zmiesza z ziemią...Ludzie będą po mnie deptać tak samo, jak robią to teraz. Ale wtedy już nie będę czuła. Będę wolna... i moje serce już więcej nie zabije, moje płuca nie nabiorą już powietrza, moje oczy nie ujrzą już zła tego świata...
Czy będę wtedy szczęśliwa?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz