sobota, 13 lutego 2016

Myśli, od których nie da się uwolnić...Strach, który towarzyszy nawet bezpodstawnie...

O co tu do cholery chodzi...o co chodzi wewnątrz mnie. Dlaczego w ciągu jednego dnia pojawia się we mnie tyle sprzecznych emocji. Raz wydaje mi się, że jestem szczęśliwa, po paru godzinach jestem załamana. Za dużo myślę chyba, szczególnie wieczorami...Dorabiam sobie jakieś niestworzone historie i wyobrażenia odnośnie niektórych sytuacji i osób.

Męczy mnie to...W środku jestem niepewna, czuję ciągły strach przed tym, że On odwróci się ode mnie bez powodu. Chociaż nie mam podstaw do tego, żeby się o to bać...
A może jednak tak byłoby lepiej? Zakończyć coś wcześniej, bo później może to boleć jeszcze bardziej albo doprowadzić do czegoś, czego bym nie chciała? A z drugiej strony dlaczego to strach miałby kierować mną i moimi decyzjami.
Mam wrażenie, że i tak cokolwiek bym nie zrobiła, będzie źle...
Jest dziwnie, cholernie dziwnie. Pierwszy raz czuję coś takiego, jakieś nieokreślone coś. Nie chodzi o żadną miłość, bo to relacja czysto koleżeńska...sama nie wiem o co dokładnie chodzi.

Niewiele osób, które znam i z którymi rozmawiam mnie rozumieją... Przed niewieloma się w ogóle otwieram, więc może to też jest powód tego niezrozumienia. Przez to, że nie odkrywam siebie, nie daję innym nawet możliwości na jakieś lepsze poznanie i zrozumienie tego co czuję. Dlatego logiczne, że nie otrzymam od nich żadnej rady lub wsparcia...nie oczekuję tego.
Tak już się nauczyłam, do tego się przyzwyczaiłam...do pomijania spraw, które mnie męczą, bolą, trapią. Rzadko poruszam te tematy. Jeśli już to robię, to jedynie przy osobach, których jestem w stu procentach(a przynajmniej prawie stu) pewna. A ile tak naprawdę jest takich osób? Dwie? Jedna? Nawet sama nie umiem tego jednoznacznie stwierdzić. Czy w takim razie oznacza to, że nie potrafię nikomu zaufać? Chyba nie do końca. Potrafię, ale jedynie w niektórych sprawach. A chciałabym móc zaufać komukolwiek w pełni, mieć pewność, że to co powiem nigdy nie zostanie wykorzystane przeciwko mnie. Boję się, że nigdy tej pewności nie będę miała i przez to sama skażę się na swego rodzaju samotność.

Powinnam zająć czymś myśli. Może poczytać coś, obejrzeć, cokolwiek.W końcu się zmuszę...Takie proste rzeczy, lecz jednocześnie takie ciężkie, kiedy człowiek wiecznie się czymś przejmuje. Wtedy najłatwiej wychodzi patrzenie w przestrzeń i rozmyślanie. Ale to zazwyczaj tylko pogarsza mój stan.

Czy w życiu istnieją dobre wybory? Czy jesteśmy w ogóle w stanie przewidzieć co wyjdzie nam na dobre, a co na złe? Tak łatwo się pomylić...tak łatwo coś źle ocenić...

2 komentarze:

  1. "Nie chodzi o miłość", "relacja czysto koleżeńska". Może jest na to nieco inne określenie: zależy Ci - może to ten nieokreślony stan? Może nie miłość, może jeszcze nie miłość, a może w ogóle nie miłość. Ale zależeć może w różnych "stanach obłąkania" - w końcu wczorajszy św. Walenty nie bez powodu jest patronem obłąkanych ;)

    A czy z zaufaniem to nie jest przypadkiem tak jak z wiarą? To trochę taka niewiadoma, której chyba nie powinniśmy rozpatrywać jako tejże niewiadomej. Pewność to już wiedza - nie ufność, nie wiara. Ufając w pełni nieco ryzykujemy, ale na tym to polega, na takiej "szalonej" pewności. Pewności, której nie ma, ale jednak ufamy - nieco bezmyślnie i ślepo, bo w innym przypadku stracimy tę ufność, jeśli tylko zaczniemy to analizować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaufanie, wiara...to wszystko jest tak bardzo skomplikowane, że chyba nie sposób tego przeanalizować. Może napisanie, że podejmowanie takich prób nie ma żadnego sensu byłoby przesadą, bo teoretycznie zastanawiając się nad czymś zawsze możemy dojść do jakichś sensownych wniosków, większych bądź mniejszych. Jednak mam wrażenie, że im dłużej o tym się myśli, próbuje jakoś rozwikłać i zrozumieć, tym bardziej to zaczyna się zapętlać.

      Usuń