Szczerze mówiąc to czasami nie wiem co myśleć...
Co powinnam robić, jak się zachowywać, co powiedzieć, co byłoby właściwe, jak postąpiłby w danej sytuacji racjonalnie myślący człowiek niepoddający się emocjom tak bardzo jak ja...
Czuję, że nie powinnam załamywać się aż tak bardzo, że robię to zbyt często i te uczucia są nieadekwatnie silne w stosunku do rzeczywistych sytuacji. Że przeżywam wszystko za bardzo, a to na mnie źle wpływa, bardzo źle...
Tworzę w głowie jakieś wyobrażenia o świecie, o ludziach, związkach, przyjaźniach, rodzinie, wartościach... Zawsze myślałam, że postępuję właściwie i mimo mojego młodego wieku jednak mam w sobie jakąś tam dojrzałość i dobre podejście do pewnych spraw. Ale może ja jednak przesadzam w niektórych kwestiach? Może właśnie zachowuję się wręcz przeciwnie, to znaczy
dziecinnie?
Może jestem taką sobie 19-latką o mentalności jakiejś 15-latki najwyżej?
Boję się różnych rzeczy, boję się ryzykować...boję się wręcz żyć i z tego życia korzystać na maksa, tak jak to teraz powinnam robić, bo młodość mam w końcu jedną.
Boję się, że jeżeli teraz nie nauczę się życia, to za kilka lat będzie już za późno...Że wtedy pozostanę już wiecznym
dzieciakiem w pewnych kwestiach. Ale jak się przełamywać, co robić?
Chciałabym kogoś poznać...
Owszem, mam wspaniałych przyjaciół...A może...miałam?
Trudno patrzeć mi na to słowo w czasie przeszłym. Tak naprawdę już teraz nie wiem co z niektórymi mnie łączy... Jest w moim życiu 5 takich osób...Osób, które sprawiły, że wciąż chodzę po tym świecie, które dają lub dawały mi iskierkę radości i poczucia, że mimo wszystko ktoś zawsze jest. Może nie fizycznie, ale gdzieś tam jest...Może nawet jeżeli o mnie nie myślą, to byłam lub jestem wciąż częścią ich życia...chyba mogę zaryzykować stwiedzenie, że ważną częścią.
A przynajmniej nie tą najmniej znaczącą.
Doceniam, że mam N. Ciekawa jestem, czy ona zdaje sobie sprawę z tego jak wiele dla mnie znaczy. Jak wiele daje mi przyjaźń z nią i że to właśnie ona jest taką moją przystanią w trudnych chwilach...Mam nadzieję, że wie. Znamy się już tyle lat...Nie wiem nawet dokładnie ile, bo już same nie pamiętamy kiedy dokładnie się poznałyśmy hahah Ale myślę, że około 7-8 lat to będzie. Ona jako jedyna nigdy mnie nie oceniła, nigdy się nie pokłóciłyśmy, zawsze wysłuchała...
Dziękuję Bogu za to, że ją poznałam. Nie myślę, o tym
co by było gdyby nie pojawiła się w moim życiu...
Może nie pisałabym tego teraz, bo poddałabym się już dawno...
O moich relacjach z ludźmi mogłabym pisać naprawdę długo (i nie chodzi bynajmniej o związki). Byłam już w toksycznej przyjaźni, która wykańczała mnie psychicznie, byłam na skraju załamania, nie umiem ująć w słowa tego, co wtedy czułam i jak wielką ulgą było zakończenie tego wszystkiego.
Lubię pisać na takie tematy wiecie? Może kiedyś opiszę jeszcze więcej, to sprawia mi chyba przyjemność. I może jestem tutaj na razie sama...Ale może kiedyś ktoś tu jednak trafi i przeczyta to wszystko? Może właśnie czytasz to Ty...nieznajomy(a)... dziękuję, że jesteś.... To ma dla mnie znaczenie...