niedziela, 28 lutego 2016

Deficyt wszystkiego...

Nie mam dziś sił, dlatego obiecuję sobie, że jutro...jutro już wezmę się w garść, że być może będzie już lepiej i dam radę. Dzisiaj nie potrafię już zmusić się do niczego. A przecież ten semestr miał wyglądać inaczej...miałam być ze wszystkim na bieżąco, bo teraz będzie już tylko ciężej. Brak mi motywacji, ale chcę walczyć, by mieć jakieś szanse na stypendium w przyszłym roku... Nie chcę sobie odpuszczać, chociaż nie wiem na ile pozwoli mi moja psychika. Trudno, będę robić tyle, ile będę w stanie.

Mam ochotę przestać w końcu ukrywać swoje łzy. Iść i schować się w ramionach mamy, jakbym znów miała 5 lat, usłyszeć durne "wszystko będzie dobrze" i chociaż na chwilę w te słowa uwierzyć...
Mam poczucie jakbym straciła prawie wszystko co dla mnie najważniejsze. Wydaje mi się, że kiedyś to odzyskam, mam taką nadzieję...Tylko kiedy? Za rok? Dwa lata? Pięć? A może jeszcze później...?

Próbuję zdobyć się na jakąkolwiek pozytywną myśl.

Nie wiem,gdzie podziała się moja siła,nie pamiętam jak ją straciłam. Myślę,że kawałek po kawałku odłupało ją życie,że się powoli zużyła.  ~Paula Hawkins

piątek, 26 lutego 2016

Zlepek myśli dzisiejszych, które wpadły mi do głowy

Ciężko jest żyć, kiedy tak właściwie nie wiadomo po co...

Zmarnowałam praktycznie cały dzisiejszy dzień. Chyba jedyne co dobrego zrobiłam, to przeczytałam parę artykułów z lutowych "Charakterów". Nie zabrałabym się pewnie nawet za to, gdybym nie zorientowała się, że wyszedł już kolejny numer, a ja ledwo ruszyłam ten... Nie wiem dlaczego nie chce mi się poświęcać czasu nawet na rzeczy, które lubię i mnie interesują.

Chyba cierpię z powodu zbyt dużej ilości wolnego czasu. Sama nie potrafię sobie go zagospodarować, jeżeli nie czuję presji, że koniecznie muszę coś zrobić.
Wystarczy mi poczucie, że mogę odłożyć obowiązki na później i wtedy bez namysłu tak robię, chociaż wiem, że nie powinnam i lepiej byłoby wykonać przynajmniej część z nich wcześniej, żeby później mniej się stresować.
Ale czym się zająć (już pomijając uczelniane i domowe obowiązki), do czego się zmusić, żeby miało to jakiś sens...Najchętniej wyszłabym gdzieś ze znajomymi, ale nie chce mi się nawet proponować spotkania.

Nie mam już pojęcia na co ja czekam. Przydałby się ktoś, kto ogarnąłby moje życie za mnie, byłabym wtedy naprawdę wdzięczna. Szkoda, że tak się nie da... Sami musimy radzić sobie z własnym charakterem, rozeznawać siebie, rozwijać, starać się być lepszą wersją siebie. Nikt inny za nas tego nie zrobi. Co najwyżej może nam pomóc, ale zauważyłam, że w dzisiejszych czasach ciężko o jakąś pomoc... A przynajmniej ciężko o nią dla kogoś tak przeciętnego i teoretycznie niemającego problemów człowieka jak ja.
Jeżeli ktoś nagle zachoruje, ma wypadek, straci jakąś bliską osobę, zwolnią go z pracy lub spotka go jakaś inna ewidentnie przykra sytuacja, wtedy może znajdują się znajomi i rodzina, która wesprze słowem lub po prostu obecnością. Kiedy twoje problemy istnieją głównie w twojej głowie, nie ma co liczyć na jakąś większą pomoc lub wsparcie. Musiałabym chyba wprost i szczerze o wszystkim komuś opowiedzieć i dopiero wtedy sytuacja być może wyglądałaby inaczej. Ale nie mam komu, a dodatkowo chyba mi się nie chce...albo może nie mam siły opowiadać o tym wszystkim co boli i co czuję.

czwartek, 25 lutego 2016

Sił znów ubywa. Gdzie mam iść? Gdzie szukać...?

Nie mam sił by rozmawiać z ludźmi...To takie dziwne uczucie. Strach, że ktoś do mnie napisze albo się odezwie, a ja tego teraz tak bardzo nie chcę... Wolę być sama, co najwyżej w towarzystwie książki i własnego oceanu myśli. Chciałabym mieć pewność, że już dzisiaj wszyscy mnie olali, zapomnieli o mnie choć na chwilę lub najlepiej na zawsze.

Nie lubię kończyć znajomości, nawet jeżeli mnie unieszczęśliwiają. Wolę jak druga strona sobie odpuści albo zerwie kontakt. Wtedy mam mniejsze wyrzuty sumienia...i nie dręczą mnie myśli, że zmarnowałam jakąś szansę, bo wiem że była to czyjaś decyzja, nie moja. Wolę przemęczyć się jakiś czas i udawać, że z mojej strony wszystko w porządku, czekając aż druga osoba podejmie jakieś drastyczniejsze kroki. W ten sposób chronię się przed poczuciem winy, jednocześnie wystawiając się na swego rodzaju wewnętrzny ból...

Jest mi źle, czuję się okropnie...I znowu nie mam komu o tym powiedzieć, dlatego muszę pisać o tym tutaj. To żałosne. Wydaje mi się, jakby moje życie toczyło się gdzieś obok mnie...Mija czas, a ja wegetuję. Nie wiem co to znaczy żyć i co powinnam zmienić, by poczuć się w końcu chociaż odrobinę lepiej.
Nie siedzę wiecznie w domu, a użalanie się nad sobą nie jest jedyną czynnością, którą wykonuję, chociaż chwilami mogłoby się tak wydawać... Zaczęłam chodzić na taniec, postanowiłam poszukać sobie jakiejś pracy, bo w tym semestrze mam wolne piątki, studiuję, chcę zapisać się na wolontariat, ale cały czas czuję jakby to wszystko było za przeproszeniem gówno warte i jakbym tak naprawdę w głębi siebie tego wszystkiego nie chciała robić, a jedynie się do tego zmuszała...Tak właśnie czuję. Jakbym znajdowała się w zupełnie innym miejscu niż powinnam. Że coś na mnie czeka, a ja nie potrafię tego odkryć i wciąż błądzę chodząc gdzieś dookoła. Prawie nic nie sprawia mi radości... Robiąc cokolwiek zastanawiam się po co to robię i czy jest w tym jakikolwiek sens.

Zadaję sobie pytanie kiedy to wszystko minie...kiedy opuszczą mnie wątpliwości, kiedy przestaną dręczyć mnie moje własne emocje, niedokończone sprawy i niedomknięte rozdziały mojego życia?

Wiem, że muszę sobie poradzić. Nie wiem jak. Nie mam sił. Ale nie poddam się.

wtorek, 23 lutego 2016

Było, minęło. Jak wszystko w życiu...

Dzisiaj potwierdziła się moja teoria, że wszystko co dobre kiedyś w końcu mija... Wiedziałam to cały czas, chociaż chwilami o tym zapominałam lub nie chciałam w to wierzyć. Ale gdzieś w głębi wiedziałam, że przed tym się nie ucieknie, nie przed stratą...nie przed końcem.
Bo takie jest życie, daje nam coś dobrego, tylko po to byśmy przez moment byli szczęśliwi, a później nam to odbiera. Normalna kolej rzeczy...
Czy kiedykolwiek coś w moim życiu będzie stałe? Czy poznam kogoś, kto będzie już na zawsze... Może tak. Ale ziarenka niepewności nie pozbędę się nigdy. Bo w życiu niczego i nikogo nie można być pewnym, nawet samego siebie, tym bardziej innych ludzi.
Trzeba żyć po prostu, z dnia na dzień. Wierzyć, lecz nie robić sobie wielkich nadziei, by zbytnio się nie zawieść. Wtedy ból jest mniejszy i łatwiejszy do wytrzymania. Próbować, nie zamykać się na ludzi, dawać część siebie, ale w granicach rozsądku...Wiedzieć kiedy powiedzieć "nie" lub kiedy milczeć.
Nie o wszystkim mówi się na głos, chociaż czasami to ciężkie, bo łatwiej podzielić się z kimkolwiek tym co nas gdzieś tam uwiera. Lecz nie zawsze warto...Czasami lepiej zachować pewne rzeczy dla siebie i przede wszystkim robić wszystko w zgodzie z samym sobą, z własnym sumieniem. Słuchać siebie, swojego wnętrza, zadawać pytania, by lepiej zrozumieć czego tak naprawdę chcemy lub oczekujemy. Bo czasami sami tego nie wiemy. Żyjemy w pośpiechu, chwytamy się tego czy tamtego,  czegoś co na pierwszy rzut oka wydaje się dobre lub ciekawe, lecz na dłuższą metę okazuje się inne niż sobie wyobrażaliśmy. Takich błędów moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy tylko zwolnili czasem obroty...dali sobie chwilę namysłu. Ale nawet jeżeli podejmiemy złą decyzję, jeżeli zawiedziemy się na sobie lub innych, to chyba nie warto tego rozpamiętywać...Każdy popełnia błędy, dzięki nim jesteśmy w pewien sposób silniejsi.

Każdy medal ma dwie strony...dobrą i złą. Są one w każdym wyborze, decyzji, relacji. Pytanie tylko, która z nich dominuje? Którą lepiej znamy?

Niektóre rzeczy nie dadzą mi spokoju...pytania, niedopowiedzenia, pewne niewyjaśnione rzeczy będą się za mną trochę ciągnąć. Muszę sobie w końcu uświadomić, że nie warto wszystkiego w życiu wyjaśniać, niektóre rzeczy i mosty powinniśmy spalić takimi jakimi są i nie oglądać się za siebie...

czwartek, 18 lutego 2016

Dlaczego tak często doceniamy coś dopiero po stracie... Otwieramy oczy, gdy jest źle.

Jestem zagubiona. Gdzieś, lecz nie wiem gdzie. We własnych myślach? Decyzjach? Relacjach? Wątpliwościach?
Powierzchownie wszystko jest w porządku i nagle, kiedy siedzę sama w pokoju, przychodzi znów to uczucie...i muszę się rozpłakać, chociaż nie wiem dokładnie dlaczego. Po prostu muszę, łzy same cisną się do oczu. A przecież nic się nie stało...

Po świecie chodzi tak wielu ludzi, tak wiele dusz, które być może także wciąż czegoś lub kogoś szukają... Dlaczego tak trudno znaleźć osoby podobne do nas samych? Z pewnością jest wiele takich, które chciałyby wysłuchać naszych opowieści, poznać naszą historię, być obecne w naszym życiu, bo po prostu by nas zrozumiały. Lecz nigdy nie będzie nam dane ich poznać... To smutne. Tak wiele straconych możliwości, o których nawet nie będziemy zdawać sobie sprawy.
Może ktoś, kogo dzisiaj minęłam na ulicy mógłby być moją bratnią duszą? Pewnie tak, ale teraz już się tego nie dowiem...

Poznajemy ludzi przypadkowo, w przeróżnych miejscach, sytuacjach. Zaczynamy rozmawiać, nawiązujemy jakąś nić porozumienia, a po jakimś czasie nie wyobrażamy sobie jak wyglądałoby nasze życie i kim bylibyśmy teraz, gdyby nie oni. A wystarczyłoby, żebyśmy w danym momencie w przeszłości podjęli jakąś inną decyzję i być może nigdy byśmy z tymi osobami nie zaczęli rozmawiać...

Brakuje mi ludzi. Przyjaciół...Ale nie w tym sensie, że ich nie mam. Oni są, teoretycznie blisko mnie. Jednak to już nie to samo co kiedyś. Dawniej potrafiliśmy znaleźć dla siebie czas, widywaliśmy się codziennie ze względu na szkołę, a później kiedy drogi nam się trochę rozeszły nadal spotykaliśmy się przynajmniej raz w tygodniu...zazwyczaj w piątki. Taki nasz stały punkt tygodnia. To chyba dawało mi pewne poczucie bezpieczeństwa, z którego zdałam sobie sprawę dopiero teraz, kiedy tamte czasy minęły i poczułam, że coś straciłam...
Pozostała pustka, której nie da się niczym wypełnić. Żadnym zajęciem czy obowiązkami...

Chciałabym napisać jeszcze wiele, pociągnąć ten temat, ale nawet na to nie mam siły. Słowa przychodzą z taką trudnością...Szkoda, że nie wylewają się ze mnie tak samo, jak robią to myśli w mojej głowie.

Jutro pobudka przed 7.00, chyba położę się wcześniej spać, chociaż chciałabym jeszcze trochę poczytać.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Przyszłość zabierająca teraźniejszość...Czy to kiedykolwiek się zmieni?

Chyba już wiem co tak źle na mnie wpływa...a przynajmniej co jest jednym z czynników najbardziej pogarszających moje samopoczucie. Myślenie o przyszłości. To mnie zabija od środka...To sprawia, że wszystko z czego powinnam cieszyć się właśnie teraz, w tym momencie, bo żyję przecież w teraźniejszości, traci na znaczeniu...Wszystkie ważne dla mnie rzeczy i osoby odchodzą na dalszy plan, bo na pierwszy wysuwają się miliony pytań i wątpliwości...O to co będzie kiedyś, jak potoczy się to czy tamto. Nie potrafię skupić się na tym, że teraz wszystko jest w porządku(chociaż chyba nie jest w sumie), bo podświadomie już tylko 'wyczekuję' momentu kiedy to wszystko minie i znów będzie źle. Czekam na chwilę, w której znowu stracę wszystko co daje mi jakąkolwiek radość.
Dlatego wmawiam sobie, że chyba nie warto mieć niczego takiego... Lepiej byłoby nie pozwalać sobie na szczęście, ale czym wtedy byłoby życie? Nie wiem.
Ale wiem, że paradoksalnie im zewnętrznie wszystko coraz lepiej się układa, tym wewnętrznie jest coraz gorzej...Tym bardziej tracę poczucie bezpieczeństwa, czuję się totalnie bezradna, bezsilna i boję się, że coś zaraz pójdzie nie tak. Dlaczego? Przecież to chyba powinno iść w tą samą stronę, w tym samym kierunku, nie przeciwnym...(chociaż kierunek może i jest ten sam, ale zwrot już niekoniecznie. Ah, te fizyczne żarciki).

To chyba w życiu człowieka boli najbardziej: strata. Nie jakaś porażka, błąd, zły wybór, ale właśnie to, kiedy coś na czym nam zależało odchodzi... powoli rozmywa się zostawiając po sobie jedynie wspomnienia. A wspomnienia pozostają wciąż żywe i nawet te radosne potrafią sprawiać ból, bo za nimi właśnie się tęskni. Za chwilami, kiedy można było beztrosko zapomnieć o problemach, o tym wszystkim co trapi i męczy.

Nie umiem już sobie poradzić, nie wiem jak sobie pomóc. Udaję przed wszystkimi, dosłownie przed wszystkimi...rodziną, przyjaciółmi, znajomymi i sobą samą.
Czuję się jakbym była w pułapce. Czasami mam wrażenie, jakbym już znalazła sposób by się z niej wydostać, ale to są tylko chwilowe złudzenia. Potem i tak przychodzą te wszystkie myśli, wracają jak bumerang, od którego już nigdy nie zdołam się chyba uwolnić.

Nie znam siebie.

sobota, 13 lutego 2016

Myśli, od których nie da się uwolnić...Strach, który towarzyszy nawet bezpodstawnie...

O co tu do cholery chodzi...o co chodzi wewnątrz mnie. Dlaczego w ciągu jednego dnia pojawia się we mnie tyle sprzecznych emocji. Raz wydaje mi się, że jestem szczęśliwa, po paru godzinach jestem załamana. Za dużo myślę chyba, szczególnie wieczorami...Dorabiam sobie jakieś niestworzone historie i wyobrażenia odnośnie niektórych sytuacji i osób.

Męczy mnie to...W środku jestem niepewna, czuję ciągły strach przed tym, że On odwróci się ode mnie bez powodu. Chociaż nie mam podstaw do tego, żeby się o to bać...
A może jednak tak byłoby lepiej? Zakończyć coś wcześniej, bo później może to boleć jeszcze bardziej albo doprowadzić do czegoś, czego bym nie chciała? A z drugiej strony dlaczego to strach miałby kierować mną i moimi decyzjami.
Mam wrażenie, że i tak cokolwiek bym nie zrobiła, będzie źle...
Jest dziwnie, cholernie dziwnie. Pierwszy raz czuję coś takiego, jakieś nieokreślone coś. Nie chodzi o żadną miłość, bo to relacja czysto koleżeńska...sama nie wiem o co dokładnie chodzi.

Niewiele osób, które znam i z którymi rozmawiam mnie rozumieją... Przed niewieloma się w ogóle otwieram, więc może to też jest powód tego niezrozumienia. Przez to, że nie odkrywam siebie, nie daję innym nawet możliwości na jakieś lepsze poznanie i zrozumienie tego co czuję. Dlatego logiczne, że nie otrzymam od nich żadnej rady lub wsparcia...nie oczekuję tego.
Tak już się nauczyłam, do tego się przyzwyczaiłam...do pomijania spraw, które mnie męczą, bolą, trapią. Rzadko poruszam te tematy. Jeśli już to robię, to jedynie przy osobach, których jestem w stu procentach(a przynajmniej prawie stu) pewna. A ile tak naprawdę jest takich osób? Dwie? Jedna? Nawet sama nie umiem tego jednoznacznie stwierdzić. Czy w takim razie oznacza to, że nie potrafię nikomu zaufać? Chyba nie do końca. Potrafię, ale jedynie w niektórych sprawach. A chciałabym móc zaufać komukolwiek w pełni, mieć pewność, że to co powiem nigdy nie zostanie wykorzystane przeciwko mnie. Boję się, że nigdy tej pewności nie będę miała i przez to sama skażę się na swego rodzaju samotność.

Powinnam zająć czymś myśli. Może poczytać coś, obejrzeć, cokolwiek.W końcu się zmuszę...Takie proste rzeczy, lecz jednocześnie takie ciężkie, kiedy człowiek wiecznie się czymś przejmuje. Wtedy najłatwiej wychodzi patrzenie w przestrzeń i rozmyślanie. Ale to zazwyczaj tylko pogarsza mój stan.

Czy w życiu istnieją dobre wybory? Czy jesteśmy w ogóle w stanie przewidzieć co wyjdzie nam na dobre, a co na złe? Tak łatwo się pomylić...tak łatwo coś źle ocenić...

wtorek, 9 lutego 2016

Takie sobie małe pomyślunki, trochę o strachu i o przyjaźni

Szczerze mówiąc to czasami nie wiem co myśleć...
Co powinnam robić, jak się zachowywać, co powiedzieć, co byłoby właściwe, jak postąpiłby w danej sytuacji racjonalnie myślący człowiek niepoddający się emocjom tak bardzo jak ja...

Czuję, że nie powinnam załamywać się aż tak bardzo, że robię to zbyt często i te uczucia są nieadekwatnie silne w stosunku do rzeczywistych sytuacji. Że przeżywam wszystko za bardzo, a to na mnie źle wpływa, bardzo źle...

Tworzę w głowie jakieś wyobrażenia o świecie, o ludziach, związkach, przyjaźniach, rodzinie, wartościach... Zawsze myślałam, że postępuję właściwie i mimo mojego młodego wieku jednak mam w sobie jakąś tam dojrzałość i dobre podejście do pewnych spraw. Ale może ja jednak przesadzam w niektórych kwestiach? Może właśnie zachowuję się wręcz przeciwnie, to znaczy dziecinnie?
Może jestem taką sobie 19-latką o mentalności jakiejś 15-latki najwyżej?
Boję się różnych rzeczy, boję się ryzykować...boję się wręcz żyć i z tego życia korzystać na maksa, tak jak to teraz powinnam robić, bo młodość mam w końcu jedną.
Boję się, że jeżeli teraz nie nauczę się życia, to za kilka lat będzie już za późno...Że wtedy pozostanę już wiecznym dzieciakiem w pewnych kwestiach. Ale jak się przełamywać, co robić?

Chciałabym kogoś poznać...
Owszem, mam wspaniałych przyjaciół...A może...miałam? Trudno patrzeć mi na to słowo w czasie przeszłym. Tak naprawdę już teraz nie wiem co z niektórymi mnie łączy... Jest w moim życiu 5 takich osób...Osób, które sprawiły, że wciąż chodzę po tym świecie, które dają lub dawały mi iskierkę radości i poczucia, że mimo wszystko ktoś zawsze jest. Może nie fizycznie, ale gdzieś tam jest...Może nawet jeżeli o mnie nie myślą, to byłam lub jestem wciąż częścią ich życia...chyba mogę zaryzykować stwiedzenie, że ważną częścią. A przynajmniej nie tą najmniej znaczącą.

Doceniam, że mam N. Ciekawa jestem, czy ona zdaje sobie sprawę z tego jak wiele dla mnie znaczy. Jak wiele daje mi przyjaźń z nią i że to właśnie ona jest taką moją przystanią w trudnych chwilach...Mam nadzieję, że wie. Znamy się już tyle lat...Nie wiem nawet dokładnie ile, bo już same nie pamiętamy kiedy dokładnie się poznałyśmy hahah Ale myślę, że około 7-8 lat to będzie. Ona jako jedyna nigdy mnie nie oceniła, nigdy się nie pokłóciłyśmy, zawsze wysłuchała...
Dziękuję Bogu za to, że ją poznałam. Nie myślę, o tym co by było gdyby nie pojawiła się w moim życiu...Może nie pisałabym tego teraz, bo poddałabym się już dawno...

O moich relacjach z ludźmi mogłabym pisać naprawdę długo (i nie chodzi bynajmniej o związki). Byłam już w toksycznej przyjaźni, która wykańczała mnie psychicznie, byłam na skraju załamania, nie umiem ująć w słowa tego, co wtedy czułam i jak wielką ulgą było zakończenie tego wszystkiego.

Lubię pisać na takie tematy wiecie? Może kiedyś opiszę jeszcze więcej, to sprawia mi chyba przyjemność. I może jestem tutaj na razie sama...Ale może kiedyś ktoś tu jednak trafi i przeczyta to wszystko? Może właśnie czytasz to Ty...nieznajomy(a)... dziękuję, że jesteś.... To ma dla mnie znaczenie...

poniedziałek, 8 lutego 2016

Przemyślenia (nie)ulotne

Nie jestem wcale szczęśliwa i wiem, że z Nim też nie będę... tzn. może będę na chwilkę, w tych momentach kiedy będziemy się spotykać, kiedy będzie miło i przyjemnie. Ale kiedy będę wracać do domu, do rzeczywistości, zostawać znów sama ze swoimi myślami i emocjami wiem, że będzie mi cholernie ciężko. Że nieustannie będę czuła strach...przed tym co o mnie myśli, czy naprawdę coś do mnie czuje i co to tak właściwie jest...Czy nie jest ze mną tylko i wyłącznie dlatego, że chce po prostu być w jakimkolwiek związku z kimkolwiek, kto się przytrafi. Wiem, że tak będzie. Co prawda nie znamy się długo, ale trochę już o nim wiem...widzę jakie ma podejście do życia. Może będę kolejną porażką na jego drodze? Bo wcale nie dam mu tego, czego szuka... Stabilizacji, ciekawych rozmów, poważnych planów na przyszłość...
W sumie to chyba jestem dosyć egoistyczna pod tym względem... Chcę się z nim spotkać i ewentualnie być, tylko po to by w końcu zobaczyć jak to jest w związku. Infantylne podejście...ale boję się, że im starsza będę, tym trudniej będzie mi wejść w tą pierwszą relację. Jak ktoś zaczyna przygody z 'chodzeniem' już jako nastolatek, to myślę, że w dorosłym życiu jest mu już łatwiej...Ma jakiekolwiek doświadczenie, wie co lubi i czego mniej więcej oczekuje od drugiej osoby. Dlatego ja egoistycznie chcę wykorzystać tę okazję, żeby to jakiekolwiek doświadczenie zdobyć.

Pewnie to mnie zabije...
Z moją słabą psychiką będzie naprawdę ciężko...
Więc dlaczego tego chcę? Dlaczego brnę w tą stronę zamiast dać sobie spokój?
Nie wiem, nie rozumiem siebie

niedziela, 7 lutego 2016

Będąc nie-sobą...do końca świata, w ukryciu i nie-prawdzie

Nigdy nie będę tym, kim pragnę być...
Nie będę miała takiego życia, ani nie będę taką osobą, jak sobie wymarzyłam...za jaką tesknię...
Chciałabym tak cholernie dużo zmienić
Ale przeszłości już nie mogę
A teraźniejszość ucieka tak szybko... Czuję się okropnie i chciałabym móc się z tym nie kryć.
Ale udaję, że wszystko 'w porządku', że jest 'ok' albo conajmniej 'w miarę ok', chociaż chciałabym wykrzyczeć jak cholernie boli mnie życie. Jak nie potrafię zrozumieć ani zmienić siebie. Jak żałosna i nijaka jestem. Chciałabym obwieścić to światu wszem i wobec, a następnie zamknąć się w pokoju i ukryć przed spojrzeniami i ocenami innych...
Przestać oszukiwać siebie i innych... Boję się prawdy, bo wiem, że nikt nie zaakceptuje mnie taką jaką jestem...Z moimi wadami i problemami. Boję się tego...
Nie chcę sama skazać siebie na wieczną pustkę. Mam jeszcze nadzieję, że ktoś kiedyś jakoś ją wypełni...Ale czy będę wtedy szczęśliwa? Czy to będzie tylko przykrywka na mój opłakany stan i emocje, które we mnie tkwią?
Znów mam ochotę płakać, znów jestem niestabilna...
Nie wiem co czuję...rozczarowanie? żal? pustkę? bezsilność? zawiedzenie? smutek? rozgoryczenie?...a może wszystkiego po trochu? lub wszystko na raz...
Jestem parodią. Gram teatrzyk.
To nie jest życie.
To spektakl, w którym zabrakło nawet dublera...i nikt nie podszepnie mi co mam mówić lub robić, gdy zapomnę jak się zachować.

Najwyższa pora skończyć ten teatr?

sobota, 6 lutego 2016

W prawdzie przed samą sobą...odkrywam kim jestem. Boleśnie...lecz inaczej nie potrafię

Znów
Znów boli mnie życie, boli mnie dusza
Serce bije jakoś mocniej, jakby bało się, że to ostatnie chwile, kiedy jeszcze może...
Oddech bardziej niespokojny, jakby płuca chciały nasycić się powietrzem, póki jeszcze mogą...
Do oczu cisną się łzy, jakby chciały oczyścić ten ostatni raz...
Chociaż w rzeczywistości nie oczyszczają wcale. Są słabością...są ucieleśnieniem bezsilności. Jestem bezsilna i słaba. Nikt nigdy nie nauczył mnie bycia silną...nikt nie nauczył mnie wiary ani pewności siebie, dlatego taka teraz jestem... Słaba, uległa, oszukująca się
Ufam, choć tego nie chcę...Zależy mi, choć tego nie chcę...Czekam i mam nadzieję, choć tego nie chcę...

Nie umiem rozpoznać już co jest oznaką naiwności, a co wiarą w ludzi. Gdzie jest ta granica...Nie umiem oddzielić tego co dziecinne, od tego co dojrzałe...I to mnie męczy. Strasznie. Bo to nie pozwala mi dorosnąć, choć tak bardzo bym tego chciała. I to nie dla siebie, ale dla innych...By ktoś w końcu potraktował mnie poważnie, bym była dla kogoś ważna...
Lecz teraz jestem zbyt niezdecydowana, nie radzę sobie z emocjami i wiem o tym. Pozwalam innym wchodzić sobie na głowę, wpływać na mnie i na to jak się czuję i co o sobie myślę. Jestem jak plastelina. Ludzie zmieniają mój kształt jednym dotknięciem. Nieważne celowym, czy nie...Ja i tak biorę ich słowa i czyny do serca, chociaż dla nich mogą nie znaczyć prawie nic. Ja je chłonę. Ja rozmyślam. Ja cierpię lub bezpodstawnie wzniecam iskierkę nadziei i radości. Nie chcę być szczęśliwa. Bo jeżeli zaznam tego uczucia, a potem zostanie mi ono odebrane to nie poradzę już sobie... Nie chcę miłości, bo jeżeli jej zaznam, a póżniej ją stracę, to będzie kolejny krok w stronę przepaści. Nie w stronę doświadczeń i nauki na własnych błędach... Te sytuacje niczego mnie nie nauczą, bo popełnię znowu te same błędy. Jedyne co zrobią to zasieją spustoszenie w moich myślach, rozbudzą kolejne huragany emocji, które powoli będą mnie niszczyć, bo nie będę potrafiła nad nimi zapanować.

Jestem słaba...tak cholernie...
Ale jak znaleźć siłę, kiedy nie potrafię odnaleźć jej sama, a nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć i pomóc...? Nie ma wyjścia z tej studni, więc podążam stopniami w dół. Nie widzę jeszcze dna, lecz przeczuwam, że kiedyś do niego dotrę. Może szybciej niż się spodziewam...może później? Może już jutro, a może za 20 lat... Kiedyś tam dotrę, na samo dno. Świat mnie pochłonie bez reszty i nie zostanie po mnie nic. Nie chcę by ktokolwiek wtedy tęsknił...Chcę być zapomniana, bo na to zasługuję.

Nie znaczę już nic. Dla siebie w szczególności. Nie zmienię się nigdy... Zawsze będę dorosłą w ciele i o mentalności dziecka, naiwnej i niewinnej... A inni będą oczekiwać ode mnie poważnych decyzji, właściwych wyborów, dojrzałego zachowania...I ja będę wtedy udawała. Udawała, że taka właśnie jestem...poukładana, ambitna, z planami na życie, z wartościami. Aż pewnego dnia się wypalę. Zostanie ze mnie popiół, który świat zmiesza z ziemią...Ludzie będą po mnie deptać tak samo, jak robią to teraz. Ale wtedy już nie będę czuła. Będę wolna... i moje serce już więcej nie zabije, moje płuca nie nabiorą już powietrza, moje oczy nie ujrzą już zła tego świata...

Czy będę wtedy szczęśliwa?

piątek, 5 lutego 2016

Za dużo myśli na raz...nie jestem w stanie. Piszę, by gdziekolwiek to wylać...by nie myśleć.

Tak bardzo nie mam się komu wygadać
Tak cholernie nikt mnie nie rozumie
Znowu, wciąż
Ja łudziłam się, że to się skończyło...że ktoś w końcu jest w stanie mnie wysłuchać i doradzić. Lecz jak cholernie się oszukiwałam. Nie zdawałam sobie z tego sprawy aż do teraz.

Boli mnie to, że przyjaciele nie mają czasu, że już ich nie obchodzę...Chociaż myślę, że wciąż jestem ważna...ale nie tak na co dzień. Nikt już nie spyta co u mnie, jak się czuję, co się dzieje, czy mam jakiś problem... Mam wiele, takich które duszą mnie od środka, ale które ukrywam, bo wiem, że zostałyby ocenione, olane, wyśmiane(?), zmieszane z błotem, niezrozumiane...

Nie będę nigdy dla nikogo ważna. Teraz też czuję, że to nie to, ale brnę w tą relację dalej, bo mam nadzieję nie wiadomo na co. Dosłownie. Wiem, że to będzie przecież boleć. I mnie i jego...więc po co się oszukuję?

To miejsce, to jedyna rzeczywistość, w której ktokolwiek mnie rozumie i wie co się ze mną dzieje... Bo jestem tu tylko ja. Jeśli kiedykolwiek jeszcze przyjdzie mi do głowy podzielić się tym miejscem z kimkolwiek to muszę jebnąć sobie w łeb i szybko się opamiętać.

Nie warto ufać...nie w tych czasach...nie takim ludziom...
Co teraz się stanie? Czy to koniec? Czy zostałam już skreślona, czy może wciąż jestem... To nie powinno mnie obchodzić. Powinnam mieć to głęboko w dupie. Dlaczego nie mam...?

środa, 3 lutego 2016

Ocucenie...w końcu trochę pozytywnie(?)...chociaż sama nie wiem. Jakieś tam te emocje są...Dzisiaj nie nijakie kochana

Dziękuję za ten dzień i za to co dzisiaj przeżyłam
Tzn. w sumie nic wielkiego się nie stało...Zaliczyłam ćwiczenia z prawa. W dodatku ustnie, co dla mnie jest tym większym sukcesem, bo nie cierpię odpowiadać, zawsze się stresuję, że wszystkiego zapomnę, że będę mówić nieskładnie, niegramatycznie i w ogóle zapomnę języka w gębie. Dlatego trochę nie wierzę, że mi się udało... Tym bardziej, że nie byliśmy na to przygotowani i o tym, że nie będzie to test, a odpowiedź ustna dowiedzieliśmy się jakieś 15 minut przed.

Wczoraj zdałam sobie sprawę z pewniej rzeczy...że może jednak to wszystko co we mnie siedzi...to nie tylko same myśli, może to coś więcej...Zaczęłam czytać o osobowości borderline...
Nie jestem zwolenniczką diagnozowania siebie samego na podstawie rzeczy wyczytanych w internecie, bo gdybyśmy tak mieli robić, to za chwilę wyszłoby, że chorujemy na wszystko. Ale to było dla mnie jak swego rodzaju uderzenie w twarz...Ocknęłam się... Nie wiem jeszcze co robić i czy to rzeczywiście dotyczy także mnie, ale chciałabym się dowiedzieć, upewnić czy moje przypuszczenia są prawdą... Lecz nie wiem czy pójdę z tym gdziekolwiek. Trochę to trudne w mojej obecnej sytuacji, ale nie wykluczam takiej możliwości.

Ale teraz nie na to czas...teraz liczą się studia i egzaminy. Chociaż pewnie gdyby dzisiaj nie udało mi się zaliczyć tej poprawki(tak, to była już poprawka), to pewnie pisałabym zupełnie co innego...Coś w stylu, że mam już wszystko głęboko w dupie i jebie te studia.
Wiem, mam zmienne nastroje i ogólnie jestem dosyć zmienna. Potrafię przystosować się do sytuacji, czasami jestem jak kameleon, tak jest łatwiej...

Co przyniesie mi wieczór i jutrzejszy dzień? Chciałabym wiedzieć...nie lubię nagłych zwrotów akcji.

wtorek, 2 lutego 2016

Chwila słabości dla rozbudzenia...muszę otworzyć oczy, bo gdzieś się zgubiłam...nie chcę tych samych błędów kolejny raz, nie chcę...

Czasami się zapominam, muszę się bardziej pilnować
Nie dawać ponosić się aż tak bardzo emocjom. Muszę wmawiać sobie coś nawet jeżeli jest inaczej. By przeżyć, by poczuć się bezpieczną. Muszę pamiętać to wszystko, by nie dać się zniszczyć: ja nie kocham, nie zależy mi, nie warto ufać, wszyscy chcą mnie skrzywdzić, świat nie jest dobrym miejscem, jestem zbyt krucha, by pokazywać uczucia. Ubieraj maskę, która będzie Cię chronić mała...nie dawaj się, nikomu...nawet Jemu...nawet tym, na których Ci zależy. Zapomnij o nich kochana, oni i tak odejdą. To normalne, ludzkie...nikt nie jest na zawsze, nikogo i niczego nie da się zatrzymać. Uświadom to sobie. Ludzie to (tylko?) ludzie...przychodzą na chwilę, za chwilę odchodzą bez słowa...tak jakby nigdy się nie pojawili, a Ty cierpisz. Dlaczego? Po co?

Tak właśnie uczy się życia...bo życie to wieczne straty. Jeżeli cokolwiek zyskujesz, to przygotuj się, że prędzej czy później to stracisz. A im bardziej otworzysz swoje serce, tym bardziej ta strata nie pozwoli Ci później żyć...Czas uleczy rany, zepchnie wspomnienia gdzieś daleko w podświadomość, ale one nie znikną. Nic w życiu nie znika bez śladu... Wszystko zostawia rany i nigdy nie wiesz co rozerwie je na nowo...czasami wystarczy jedno słowo, by odkopać wszystko co tak bardzo staraliśmy się od siebie odepchnąć.

Cholerne życie...
Jebany świat...
i myśli, które bolą i w których toniemy. Znowu. Wciąż. Tak łatwo się zatracić...i już nigdy nie odnaleźć siebie

Gdzie zgubiliśmy tą bezpieczną ścieżkę, która miała przeprowadzić nas przez życie? Kiedy wybraliśmy niewłaściwą drogę, która przywiodła nas właśnie tutaj?
Wiem jedno...nie warto wracać i szukać tej właściwej. Nie warto kroczyć znowu tymi samymi śladami, przechodzić przez te same mosty, mijać ponownie wszystkie zakręty... Trzeba iść do przodu, zostawić za sobą wszystko co było. Bo to już teraz jest nieważne, nie ma znaczenia... Przeszłość to takie małe pojebane coś, na co nie mamy wpływu...ale...
...czy mamy go na cokolwiek?