sobota, 28 maja 2016

Przynajmniej siebie nie chcę zawieść...

Muszę być silna.
Ale jeszcze nie dzisiaj...
Od jutra, obiecuję. Wezmę się w garść.

Od prawie miesiąca powtarzam sobie "od jutra", "to już ostatni raz"...a prawie codziennie wychodzi tak samo... Dlatego tym razem wolę to napisać tutaj i może dzięki temu już naprawdę się zmotywuję.

Zmienię się...Dla siebie, bo dla innych nie warto. Jeśli ktoś mnie przez coś nie akceptuje, to jest to jego problem.
Ludzie mnie unieszczęśliwiają. Rodzinie wiecznie coś nie pasuje, chociaż nie mówią tego wprost...ale ja to czuję i widzę, ślepa jeszcze nie jestem. W domu nie narzekam już na nic, bo tutaj i tak nikt mnie nie chce zrozumieć. Niby chcieliby słuchać i rozmawiać, ale wiem że to nie ma najmniejszego sensu. Przez ostatnich kilkanaście lat się do tego przyzwyczajałam.
To naprawdę ciężkie nie mieć wsparcia nawet wśród najbliższych. Albo inaczej: teoretycznie je mieć, ale tylko kiedy robi się coś, co im się podoba. Wtedy wszystko jest w porządku. A gdy tylko chcę podjąć jakąś decyzję, do której mają jakieś zastrzeżenie, nagle pojawia się fałszywość i ukrywanie wszystkich 'ale' pod płaszczykiem sztucznego uśmiechu i żałosnych porad.
Nic mnie już nie obchodzi.
Nie warto się nikomu podporządkowywać, bo jest to pogoń za nieosiągalnym. Zawsze coś komuś będzie nie pasować, zawsze coś będzie 'nie tak'.
Koniec z tym.

Chcę spróbować żyć. Chcę się uwolnić.
Chyba jeszcze mnie na to stać...

czwartek, 19 maja 2016

Marności

Tak wiele marzeń przelewa się przez moją głowę...
A ja zamykam sobie drogę do ich realizacji, bo po prostu się boję...mam zbyt wiele obaw.
Z jednej strony chciałabym rzucić studia, które chyba mnie nie interesują, z drugiej boję się, że będzie to jedna z najgorszych i najpochopniejszych decyzji w moim życiu. Denerwuje mnie to, że nigdy nie jestem niczego pewna. Zawsze wszystko odwlekam, rozmyślam, rozważam i sama siebie tym wszystkim męczę. Nie umiem postawić wszystkiego na jedną kartę, płynąć pod prąd, dokonywać dramatycznych zmian. A czuję, że właśnie takie są mi teraz potrzebne. Coś musi mnie obudzić i sprawić, żeby mi się chciało...

Budzę się rano, otwieram oczy i moją pierwszą myślą jest ta, że wcale nie chcę wstawać. Nie chcę zaczynać kolejnego dnia, który będzie przeżyty i zmarnowany tak samo jak wszystkie poprzednie... Kiedyś przynajmniej chciało mi się wstać ze względu na śniadanie. Co z tego, że poniekąd pewnie przez zaburzenia odżywiania. Cokolwiek w tym moim dniu miało przynajmniej sens. Cokolwiek sprawiało mi sztuczną, ale mimo wszystko radość...dawało fałszywe, ale mimo wszystko odczuwalne zadowolenie z siebie.
Straciłam wiele, ale chyba przede wszystkim siebie. Rezygnuję z wielu rzeczy, zbyt często mówię "po co?", "przecież mi to niepotrzebne".

Zbyt wiele problemów się na siebie nakłada. Już sama nie jestem w stanie sobie ich wszystkich poukładać w głowie. Nie wiem które wynikają z czego, z którymi byłabym sobie w stanie poradzić sama, a które z nich rozrosły się do niebezpiecznych rozmiarów, którym nie stawię sama czoła.
Nie umiem już żyć, nie wiem czego chcę. Kurwa, nigdy nie wiedziałam tak naprawdę. Nie wiem co ze mną nie tak. Ludzie mają pasje, cele, mniejsze i większe plany, robią rzeczy, w których widzą sens. A ja nie mam pojęcia do czego dążę, czyje plany realizuję...na pewno nie swoje. A może jednak moje? W końcu nikt nie podejmował żadnych decyzji za mnie...teoretycznie. Już nie wiem czy sama wpakowałam się w ten stan, w którym teraz jestem, czy jednak nie powinnam o to obwiniać siebie.

Mam ochotę zapomnieć o upływającym czasie, o przyszłości, która mnie czeka, o wszystkim co mnie dręczy, o tym, że niektórzy tak po prostu ze mnie zrezygnowali(chociaż...czy przypadkiem nie zrobiłam tego samego?), o błędach, które popełniłam i z pewnością jeszcze popełnię.

Podobno dostajemy to samo, czym się dzielimy...wraca do nas to, co dajemy.
Hmm, to by się rzeczywiście zgadzało, bo smutna prawda jest taka, że ja nie daję z siebie nic. Jak w takim razie mogę czegokolwiek oczekiwać?
Głupia i naiwna ja.

sobota, 7 maja 2016

Gdzieś uciekł mi sens...a ja nie zdołałam go dogonić

Jestem tak bardzo nikim, że aż trudno mi to wyrazić. W sumie ostatnio chyba cokolwiek trudno mi wyrazić... Każdego dnia chciałabym coś napisać. Do głowy przychodzą mi nawet zdania, które zdają się brzmieć całkiem sensownie...ale gdy zaczynam myśleć nad tym dłużej albo już zabieram się do pisania nagle wszystko znika. Czuję jednocześnie pustkę i chaos. Samotność mnie niszczy, przesiąknęłam nią za bardzo. Jedyne osoby, którym prawdopodobnie szczerze na mnie zależy(czytaj:rodzina) powodują u mnie wzrost ciśnienia na sam ich widok. Naprawdę, czuję jak robi mi się gorąco ze zdenerwowania prawie zawsze, kiedy tylko muszę z nimi rozmawiać. Nie potrafię. Oddałabym wiele za normalne życie. Ale...chwila, chwila...ja przecież mam najnormalniejsze, najzwyklejsze życie. Przecież jedyny problem w tym, że go nienawidzę.
W głowie mam chaos, który znam tylko ja. Tak bardzo chciałabym spotkać kogoś, komu chciałoby się o mnie walczyć, kto umiałby pokazać, że coś dla niego znaczę... Z drugiej strony wolałabym nie narażać nikogo na jakiś bliższy kontakt ze mną. Lepiej, żeby ludzie mnie nie znali...

Wiem, poczucie własnej wartości powinno być zakorzenione we wnętrzu każdego z nas. Nie powinno zależeć od niczego i nikogo innego. Pomimo tego, zjawisko poszukiwania gdzieś na zewnątrz potwierdzenia, że jesteśmy cokolwiek warci jest chyba bardzo powszechne.
Mam wrażenie, że każde kolejne zdanie, które piszę jest mniej zrozumiałe od poprzedniego. Chciałabym umieć pięknie pisać...albo mieć jakikolwiek inny talent lub być w czymś dobra.

Chciałabym jednocześnie wszystkiego i niczego. Dosłownie...W jednej chwili pojawiają się marzenia, plany na przyszłość, nadzieja, że coś się zmieni, a po sekundzie nie ma po nich śladu. Wszystko traci znaczenie i staje się obojętne.
Nie umiem już żyć.