Uleciały ze mnie wszystkie słowa, które miały kiedyś znaczenie. Mój świat otępiał i nie potrafię się w nim odnaleźć. Wszystko co mnie otaczało zmieniło swoją definicję. Już teraz nie wiem co to znaczy życie, kim są przyjaciele, czym jest szczęście lub nadzieja na lepsze jutro. Wszystko powoli znikało, a ja chyba nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nie wiem czy ten proces jest odwracalny...Pewnie tak. Zawsze coś da się zmienić, pytanie tylko czy mam na to siłę? Bo motywacji nie mam z pewnością. Zmuszam się do wykonywania obowiązków. Używam resztek racjonalnego myślenia, żeby uświadamiać sobie, że przecież nie mogę zawalić studiów. Nie mogę legnąć w gruzach, bo stracę wtedy jakiekolwiek punkty zaczepienia, które jeszcze mam.
Nie wiem czyją drogą kroczę, ale raczej ta nie była przygotowana dla mnie...Cóż, właśnie tak toczy się życie kogoś, kto nie ma pojęcia czego chce, kim jest, nie ma planów ani własnego zdania, ulega prawie wszystkiemu i płynie z prądem byle tylko nie musieć ponosić odpowiedzialności za swoje złe decyzje i porażki. Nie wiem co mną kieruje...dlaczego nie potrafię wybierać tego co dałoby mi radość. Chyba wypaliła się we mnie część mózgu odpowiedzialna za odczuwanie szczęścia. Jakoś tak zniknęła energia z moich oczu. Patrzę w lustro i nie widzę w nim nikogo. Chyba zaczynam być przezroczysta dla otaczającego mnie świata i dla samej siebie. Za chwilę przestanę być zauważana przez kogokolwiek, a nie chcę krzyczeć by desperacko zwracać na siebie uwagę. Nie potrzebuję tego...Jedyne czego chcę to zasnąć i żyć w swoim śnie. Tam nawet koszmary są piękniejsze i prostsze niż życie w rzeczywistości. Nie mam nic wartościowego. Dlaczego zawsze i wszędzie szuka się osób pozytywnych, pełnych energii, kreatywnych, wiecznie uśmiechniętych, posiadających pasję? Czy pesymiści i ludzie znudzeni życiem naprawdę nie są nic warci? W dzisiejszym świecie chyba tak...dlatego dla prawdziwej mnie nie ma już tutaj miejsca. Owszem, dla mojej udawanej wersji gdzieś tam się ono znajdzie...na studiach, w pracy, wśród znajomych. W tej przybranej masce wciąż jako tako egzystuję, chociaż wiem, że nie ma to najmniejszego sensu. Pustka i bezsens to jedyni towarzysze, na których zawsze mogę liczyć. Oni nie opuszczają tak jak reszta...nie zawodzą.
A przecież mogliby prawda?
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
wtorek, 5 kwietnia 2016
Minuty przeciekające przez palce. Czas tracony bezpowrotnie.
Chcę napisać swoje życie od nowa. Lecz tego co było nie da się po prostu wymazać ani zapomnieć. Wszystko co się zdarzyło pozostanie już na zawsze, wspomnienia ukryte w głębszych lub płytszych zakamarkach serca nie znikną. Ale tak właściwie jakie wspomnienia? Nigdy nie przeżyłam niczego wartego większej uwagi...Kolejne lekcje, które dostawałam od losu doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem teraz... A nie chcę tu wcale być.
Jestem człowiekiem, który nie ma o czym opowiadać. Trochę w moim marnym życiu udało mi się doświadczyć, ale nie jest to nic czym mogłabym się dzielić w taki sposób, żeby z każdym usłyszanym słowem ludzie chcieli poznawać mnie coraz lepiej i lepiej.
A właśnie taką opowieścią chciałabym być...By za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat mieć świadomość, że nie przewegetowałam swojego życia, ale przynajmniej jakąś jego część przeżyłam w pełni.
Wypełnia mnie tęsknota za czymś prawdziwym. Bo teraz każda chwila przesiąka kłamstwem, jakąś niewysłowioną ułudą, udawaniem lub wmawianiem sobie, że którakolwiek z czynności, które robię ma sens.
Tak naprawdę mam wrażenie jakby nic nie miało większego znaczenia.
Gubię się we własnych odczuciach, nie wiem już co robić. Co zmienić i gdzie iść...gdzie szukać pomocy, o ile w ogóle jej szukać...
Chcę zacząć wszystko z nową kartą. Tak często zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie, gdybym odcięła się od tego co jest teraz. Gdybym wyjechała gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna. Zerwała kontakt z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi...czy byłabym w stanie być wtedy szczęśliwa, czy może ciemność pochłonęłaby mnie jeszcze bardziej?
Jestem jak wyrzutek społeczeństwa odsunięty na margines z własnej woli. Nie umiem z nikim rozmawiać, nikomu zaufać. Na niczym tak prawdziwie mi już nie zależy, nie mam żadnego celu ani planu. Nie znam siebie, nie wiem w czym jestem dobra, co chciałabym robić, czym się zajmować... Jestem bezkształtna.
Kolejne nicnieznaczące minuty mijają bezpowrotnie. Czas płynie zbyt prędko, ale może im szybciej tym lepiej... Niech to wszystko skończy się raz na zawsze lub w jakiś magiczny sposób zmieni... Męczy mnie nawet oddychanie, jakby spoczywał na mnie jakiś fizyczny ciężar, który utrudnia mi nabranie powietrza. Nie tracę nadziei, ale moja wola walki spala się z każdą sekundą. Coś zżera mnie od środka i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Jak długo będę jeszcze w stanie to wytrzymać?
Jestem człowiekiem, który nie ma o czym opowiadać. Trochę w moim marnym życiu udało mi się doświadczyć, ale nie jest to nic czym mogłabym się dzielić w taki sposób, żeby z każdym usłyszanym słowem ludzie chcieli poznawać mnie coraz lepiej i lepiej.
A właśnie taką opowieścią chciałabym być...By za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat mieć świadomość, że nie przewegetowałam swojego życia, ale przynajmniej jakąś jego część przeżyłam w pełni.
Wypełnia mnie tęsknota za czymś prawdziwym. Bo teraz każda chwila przesiąka kłamstwem, jakąś niewysłowioną ułudą, udawaniem lub wmawianiem sobie, że którakolwiek z czynności, które robię ma sens.
Tak naprawdę mam wrażenie jakby nic nie miało większego znaczenia.
Gubię się we własnych odczuciach, nie wiem już co robić. Co zmienić i gdzie iść...gdzie szukać pomocy, o ile w ogóle jej szukać...
Chcę zacząć wszystko z nową kartą. Tak często zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie, gdybym odcięła się od tego co jest teraz. Gdybym wyjechała gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna. Zerwała kontakt z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi...czy byłabym w stanie być wtedy szczęśliwa, czy może ciemność pochłonęłaby mnie jeszcze bardziej?
Jestem jak wyrzutek społeczeństwa odsunięty na margines z własnej woli. Nie umiem z nikim rozmawiać, nikomu zaufać. Na niczym tak prawdziwie mi już nie zależy, nie mam żadnego celu ani planu. Nie znam siebie, nie wiem w czym jestem dobra, co chciałabym robić, czym się zajmować... Jestem bezkształtna.
Kolejne nicnieznaczące minuty mijają bezpowrotnie. Czas płynie zbyt prędko, ale może im szybciej tym lepiej... Niech to wszystko skończy się raz na zawsze lub w jakiś magiczny sposób zmieni... Męczy mnie nawet oddychanie, jakby spoczywał na mnie jakiś fizyczny ciężar, który utrudnia mi nabranie powietrza. Nie tracę nadziei, ale moja wola walki spala się z każdą sekundą. Coś zżera mnie od środka i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Jak długo będę jeszcze w stanie to wytrzymać?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)